wtorek, 30 września 2008

Torebiarek*

Dzisiaj torebiarek *
pośród innych gratów
ma dla nas podarek,
foteczki z warsztatów.
_
fotosajt
_

*- torebiarek - ekstremalnie rzadko pojawiający się i pozbawiony większości jej cech charakterystycznych, męski okaz torebiary**. Występuje endemicznie, na ślubach i to w krótkich momentach gdy zostanie poproszony o potrzymanie torebki świadkowej, wezwanej pilnie do pozowania do zdjęcia z młodą parą.
**- torebiara - do niedawna powszechnie występująca odmiana solary***. Cechy charakterystyczne: nienaturalnie śniada skóra, ciemny makijaż, długi szpon z tipsami, basebolowa czapka glamour, włos prawie naturalnej brunetki, koński ogonek wysunięty nad paskiem czapki, bluza sportowa z kapturem i wzorkiem słodziutkim z cekinów, sexownie opięte na "biodrach" obcisłe spodnie dresowe lub leginsy, "sportowe" markowe butki. No i oczywiście wciśnięta pod pachę na króciutkich paskach nasuniętych na ramię - słodziutka torebeczka.
***- solara - jak torebiara* tyle, że bez słodziutkiej torebeczki. Skóra znacznie bardziej śniada, włos - czerń absolutna. Zmienna ilość pasków na spodniach od dresów nie jest cechą charakterystyczną. Występuje zwykle w pobliżu osobników typu ABS**** (absolutny brak szyi). Solara i ABS- typy symbiotyczne lub zamiennie pasożytnicze.
****- dosyć tego bo robi się niebezpiecznie.

poniedziałek, 29 września 2008

Akcentowanie

Natchnęła mnie U., kontestując w komentarzach na Swoim blogu akcentowanie na przedostatnią sylabę w słowach czasu przeszłego. No wiecie, ten gomułkowski sznyt - zrobilIźmy, wyprodukowalIźmy. Ona ma własny przykład tego błędu, do którego pasuje moje dzisiejsze zdjęcie.
Ostatni mój post tematycznie był ciężki, i niespodziewanie w komentarzach przeszedł w tematykę kulinarną. Zastanawiałem się, co tu tym razem popełnić, żeby pójść "za ciosem", dodać koloru i trochę rozluźnić, upss! przepraszam, e... troszkę zmienić atmosferę.
Moja interpretacja tego zdjęcia jest naciągana ale tak dla "śmichu" czemu nie? Wiemy jak "poważne" wyłącznie tematy poruszamy przy użyciu telefonu komórkowego. Najczęściej to raporcik do starych albo przechwałki do wszystkich innych - "czego to my nie zrobilIśmy, wyprodukowalIśmy". Wyobraźmy sobie, że ta smyczka to jak antena przy telefonie, piesek jak emiter a treść rozmowy... Tyle jest warte akcentowanie na przedostatnią sylabę przy przechwałkach?! Komu komórkę, komu!
To też Barcelona, tak na marginesie.

niedziela, 28 września 2008

W matni życia

Pod wpływem blogu Morphiusza (link po prawe) wróciłem do książki Sołżenicyna "Oddział chorych na raka". Pochłonąłem ją znowu na raz. Znowu mną zatrzęsła jak kilka lat temu gdy przeczytałem ją po raz pierwszy. Tyle czynników ma wpływ na ludzi, tyle sznurków los pociąga. Tak wielopłaszczyznowa książka, tak życiowo mądra dla mnie, przy tym bardzo plastyczna w warstwie językowej i obrazu. I to nie choroby i ich konsekwencje tak się wybijają, choć to pierwsze wrażenie jest ogromne. Za szybko ją czytałem, powinienem wolniej, bardziej skupiony dać rozwijać się refleksjom.
Szukam teraz tego fragmentu i nie mogę znaleźć. Chyba było tak: Jak rozdawane było życie, każdy dostał po 50 lat. Tylko człowiek się spóźnił i dostał 25. Pożalił się ale cóż. Poszedł więc po prośbie. Kolejno do konia, psa i małpy. Od każdego dostał dodatkowe 25 lat. I teraz (Konfliktowa też "ćwiartkowała" w jednym ze Swoich postów), życie mamy podzielone na ćwiartki. Pierwszą żyjemy jak prawdziwy człowiek pełną piersią, drugą harujemy jak koń, w trzeciej szczekamy jak pies a w czwartej traktują nas jak małpę. Mam nadzieję, że Sołżenicyn się w tym mylił. W końcu nie każdy koń ciągnie pług, nie każdemu psu Burek a co do małp to na stare lata chciałbym chociaż zachować ich sprawność.
Pokazałem fotografię zamieszczoną wyżej na warsztatach fotograficznych. Darek wykazał się refleksem - "a... to tylko ostatnia impreza u AgregATa". Wszyscy się śmialiśmy.
foto - Teatr ósmego dnia "Czas matek" - FETA 2008

sobota, 27 września 2008

Taniec

Wszystko takie zwykłe. Ulica, przechodnie, turyści, niewielki zespół grający prostą, rytmiczną muzykę. Tylko jeden tancerz, starszy pan w garniturze. Chyba był tam "etatowy", znaczy z orkiestrą. Drobił nogami z podziwu godnym uporem. Wydawało się, że na nic więcej nie miał siły, ale nie ustawał. To chyba dla niego przystawali wokoło turyści. A on "wyciągał" spośród nich panie i "porywał" do tańca. Turystka w srebrzystych butach, choć widać w jej postawie, że była dość sceptyczna, jednak dała się wyciągnąć i powoli zaczynała cieszyć tym drobiazgiem, który tak nieoczekiwanie jej się przydarzył. Obok inna para turystów, zachęcona bezpretensjonalną atmosferą miejsca i wydarzeń, znacznie bardziej energicznie i spontanicznie, nagle ruszyła do tańca.
Radość. Emanacja życia.
Miejsce nie takie zwykłe - Barcelona!

piątek, 26 września 2008

Pruskie dziwy

Obiecałem wcześniej Abnegatowi.ltd, że o architekturze na warsztatach też coś będzie.
Może nie tego dokładnie się spodziewał, ale cóż, tym razem musi wystarczyć.
Zdjęcia też tylko dokumentujące dziwy.
Ja to jednak jakiś pogięty jestem. Łażę i gapią się na takie rzeczy, na które pewnie niewielu zwraca uwagę. Jak spytałem jednego z uczestników warsztatów, z wyrobionym okiem fotograficznym, wyczulonym na szczegóły otaczającego świata, czy widział krzywy komin to w rewanżu usłyszałem - Jaki komin? A to była pierwsza rzecz, która wbiła mi się w oko po przyjeździe w to miejsce.
Takiego komina jak długo żyję - nie widziałem. Ciekawe jak kominiarz sobie radzi z jego czyszczeniem. Ale ten budynek był jakiś specjalny. Komin to nie jedno dziwo w tym domu. Na drugim końcu budynku były schody do nikąd. Jakby znajdował się tam "Gate" teleportacyjny otwierający się po wymówieniu zaklęcia (albo brama do krasnoludzkiej Morii - tak w kontekście jednego z wcześniejszych postów). Ale najbardziej zadziwił mnie słup, tak groźny, że aż założyli mu kaganiec. Ciekawe ilu nieostrożnych przechodniów już pogryzł. Kolejne dziwy były już w samym Lidzbarku Warmińskim. Samo miasteczko ciekawe jest architektonicznie, chociaż 90% zabudowy zostało zniszczone w czasie wojny. Co więcej, przy tym cały zamek pozostał nieuszkodzony!
Ale kamienica, na którą zwróciłem uwagę, kazała zastanowić mi się nad tym kto w niej mieszkał. Same sprzeczności. Brama frontowa szeroko otwarta, jakby zapraszała do wewnątrz. Tylne drzwi byle jakie i takież zabezpieczenie nie stanowiące żadnej przeszkody dla chcącego je sforsować. Za to boczne wejście? Ba boczne wejście nie dość, że zamurowane to jeszcze zabezpieczone kratą. Ciekawe! Jakaś mroczna historia rodzinna z zazdrosnym mężem w tle?

czwartek, 25 września 2008

Trzy gracje


Wycieczka emerytów, która weszła z księdzem na lidzbarski zamek nie wyróżniała się niczym szczególnym. Stojąc na krużganku pierwszego piętra obserwowałem ich niezbyt uważnie.
Ale trzy starsze panie zwróciły moją uwagę. Trzymały się troszeczkę z boku, cały czas blisko siebie. Przechodziły razem, rozmawiały. Prawie od razu skojarzyły mi się z kopią rzeźby Lizypa, którą kilka lat wcześniej widziałem i sfotografowałem w paryskim Luwrze.
Może troszkę bardziej powściągliwie okazywaną niż pokazał to Lizyp ale widać było więź miedzy nimi i delikatne sygnały sympatii i serdeczności, które je wyróżniały. Czuć było ciepło, które sobie okazywały nawzajem. Trzy gracje choć w latach ale wzajemna serdeczność nadal tak młoda i świeża jak niegdyś.
Szkoda, że nie udało mi się tego lepiej uchwycić na fotografii.

środa, 24 września 2008

Barwy w deszczu


Wahałem się czy dać tutaj te fotografie. Takie "landszaftowe" i temat opstrykany do bólu. Z drugiej strony ten blog to nie konkurencja dla pisemka "Działkowiec".
Ale jak słyszę ten angielski sznyt upowszechniający się z nastaniem jesieni w Polsce to szlak mnie trafia. Jakby ludzie wzrok potracili.
Cholerna jesień. Tak szaro. Nieprzyjemnie. Tylko deszcz i zimno.
Cholerne rozmowy o pogodzie.
Jak z tym koniem z encyklopedii - "pogoda jaka jest każdy widzi". Otóż (well...) chyba jednak nie.
Każdy widzi to co chce i można swój kiepski nastrój zwalać na pogodę, szukając w niej usprawiedliwienia.
A jednak tylu pięknych kolorów lekko wysyconych, przenikających się i zmieniających się wraz ze światłem, próżno szukać w innej porze roku. Ale jeśli ktoś potrzebuje ostrych kolorów i kontrastów też je znajdzie i to właśnie w deszczu, który potrafi je lepiej wydobyć.
Postanowiłem wstawić te fotografie, z warsztatów a jakże. Paweł i Darek zalecali ćwiczenia z operowaniem głębią ostrości. Próbuję, nawet z moim ciemnym obiektywem się udaje.
Tylko, żeby wiedzieć jeszcze jak i dlaczego? :))
PS. To nie porzeczki, to kalina czerwona. Jabłek przedstawiać nie muszę, choć w sklepach takich próżno szukać. Na warsztatach po raz pierwszy od bardzo dawna zjadłem jabłko. Naszła mnie ochota i nie rozczarowałem się. Ach gdzie te moje ulubione Starkingi, słodkie i chrupkie! Choć to nie kawior to komu to przeszkadzało?

wtorek, 23 września 2008

Gimli

Gdy kończyłem mój fotograficzny spacer po Lidzbarku Warmińskim, nagle go spostrzegłem. Siedział sobie spokojnie za kierownicą autobusu wycieczkowego i czytał gazetę. Ręka nawykła do styliska topora bojowego, łagodnie spoczywała na dzwigni zmiany biegów. Wzrok nawykły do otwartych przestrzeni pól bitewnych śródziemia wspomagał przy czytaniu okularami.
To musiał być on, legendarny Gimli z rodu Durina, Krasnolud z Drużyny Pierścienia.
No tak, co ma robić Gimli gdy dobija wieku emerytalnego a pola bitew stoją opustoszałe. Przecież pierścień zniszczony, zło pokonane.
Gimli w języku staronordyckim prawdopodobnie oznacza "ogień". Faktycznie stopa prawej nogi nawet na postoju spoczywała na pedale gazu. Oj daje on chyba ognia za kierownicą.
Może nie jest takim sobie zwykłym szoferakiem ale jednocześnie ochroniarzem kościelnej wycieczki emerytów, która wysiadła wraz z księdzem z autobusu i poszła zwiedzać lidzbarski zamek. Rozejrzałem się za toporem schowanym pod fotelem kierowcy ale go nie dostrzegłem.
Uciąłem sobie miłą pogawędkę z Gimlim, za jego zgodą zrobiłem mu kilka zdjęć i grzecznie się oddaliłem, żeby nie przeszkadzać mu w chwili wytchnienia i lektury. Do zdjęć spróbował się uśmiechnąć. Sam nie wiem czy mu nie wyszło czy wręcz przeciwnie, w tym uśmiechu na chwilę ujawniła się jego małojecka sława i prawdziwa natura.
Odchodziłem odmieniony, otarłem się o legendę!
Krasnoludy są na świecie. Nie wierzcie tym co twierdzą inaczej. Popatrzcie wokoło uważnie.

poniedziałek, 22 września 2008

08.09.19-21 Warsztaty


Warsztaty fotograficzne w Lidzbarku Warmińskim zorganizowane przez fotografów:
Pawła Kosickiego z Poznania i
Darka Gdańca z Gdańska
odbyły się w ostatni weekend
Zrozumiałe Darku, że dużo pracy z przygotowaniami i w trakcie trwania warsztatów, mogło przyprawić o ból głowy. Ale efekt z mojego punktu widzenia był super. Ci uczestnicy, z którymi o tym rozmawiałem, są tego samego zdania.
Paweł i Darek - bardzo dziękuję!
To były pierwsze moje warsztaty fotograficzne. Zostałem "rozdziewiczony". Obawy rozproszone. Ego przetrwało. Moje amatorskie pstrykanie weszło w kolejny etap. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ja odczuwam po tych warsztatach wilczy głód.
Mam nadzieję, że na tym się nie skończy i sami organizatorzy nabrali apetytu na takie działania. Potrzebny feedback od nas, uczestników. Na mnie mogą liczyć jeśli będzie to dla mnie osiągalne.
Będzie prawdopodobnie jakaś prezentacja prac z warsztatów w internecie. Chwilę to Pawłowi i Darkowi zajmie. Na pewno zwrócę na to uwagę na blogu, jak tylko będzie do oglądania w sieci.
Jeszcze raz zachęcam do odwiedzin blogów fotograficznych:
jak i ich galerii internetowych:
http://www.pawelkosicki.com,
U Darka można też kupić 2 jego ostatnie albumy (linki na jego stronie i blogu - można przeglądać i kupić on line).

niedziela, 21 września 2008

Szyldy

Warsztaty fotograficzne w Lidzbarku Warmińskim przyniosły kilka niespodziewanych obserwacji. Moi rodacy nie przestają mnie zaskakiwać.
Jakiś czas temu, zgodnie z akcją reklamową stworzoną "centralnie" i promującą Polskę, polecaliśmy jako towar eksportowy pielęgniarki i hydraulików. Francja ostro się przestraszyła i żywo protestowała. W innych krajach też zdrowo namieszaliśmy. Poza tymi dwiema profesjami, pociągnęli tam specjaliści wielu innych zawodów. "Centrala" wydawała się zauważać i dyskutować jedynie o ich pieniądzach, które tam zarabiają. Myślenie w perspektywie czysto operacyjnej. Kukułcze jajo, z którego coś się z pewnością wykluje.
Wydaje się jednak, że nadwyżki eksportowe z zakresu oferty bazowej z nawiązką zostały "zagospodarowane" lokalnie, w mniejszych ośrodkach Polski. W tzw. terenie potrafią zrozumieć co znaczy - "Myśl globalnie, działaj lokalnie".
Ale tylko jednostronnie. Choć chodziłem po Lidzbarku Warmińskim kilka godzin, nie znalazłem, żadnej oferty z zakresu usług pielęgniarskich!

piątek, 19 września 2008

Naprawianie


Każdy chłopiec dałby się pokroić, żeby takie koparki pracowały niedaleko jego domu, czemu mógłby się przyglądać do woli z rozdziawioną gębą. Mama musiałaby go wołami do domu ciągnąć. Ile musiałaby się przy tym nasłuchać zachwytów malca.
To czemu są takie zdewastowane? Gdzie mechanicy, gdzie operatorzy, którzy mają o nie dbać? Takie toporne, masywne, ze stali nie do zdarcia stoją smętnie w bezruchu, nieprzydatne! Zużyły się, operatorzy je zaniedbali, mechanicy nie potrafili już lepiej ich poskładać.
A nasze auta? Kto powie dobre słowo o mechaniku, który naprawiał mu auto? Zwykle słyszymy - "Ile trzeba wybulić na naprawę, a do tego jeszcze stale jak w filmie - jutro kochany jutro, eee...zarobiony jestem". Mamy wpływ na stan auta i często ponosimy winę za przedwczesne usterki lub zużycie. Mechynizmy proste ale nie wieczne. Budowa logiczna, powtarzalna, zasada działania niezmienna. A mechanicy też się mylą.
Czemu więc traktujemy lekarzy jak mechaników? A personel medyczny jak e...wulkanizatora?
Czy człowiek to prosty mechanizm?
Chcemy, żeby dokręcić śrubkę, przyszpachlować, podklepać i już mechanizm jak po generalnym remoncie, przejdzie przegląd, żeby wyjechać w trasę.
Ile razy, gdy awaria nie jest poważna, naprawiamy konsekwentnie do końca zgodnie ze sztuką i zaleceniami?
Kto jest operatorem tego "mechanizmu"? Często on doprowadza go do takiego stanu, że dokręcając śrubę zrywa się gwint?
Tzw. trudny pacjent? Awanturujemy się, wymądrzamy pełni pretensji. Kto to wytrzyma i zrobi dla nas wszystko co umie by nam pomóc? Chyba tylko święty.
_
Wychodzi na to, że dobry lekarz między Polakami to święty!
_
Ale czy w drugą stronę nie bywa czasem podobnie?

środa, 17 września 2008

Dziadek Kazik

17 Września 1939 - niektórzy mówią "sowiecki sztylet w polskie plecy".
Z pewnością sztylet w plecy mojej rodziny.
Dziadek Kazik wychowany w Rzęśnie Polskiej (obecnie w granicach Lwowa). Co tu pisać, po prostu polski dom w tamtym czasie.
Pradziadek Jan, zasłużony m.in. w wojnie Polsko-Ukraińskiej 1918-20, mimo że zmarł "ze starości" w 1935 pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim wśród młodziaków - Orląt Lwowskich. M.in. profesor uniwersytetu we Lwowie, odtwarzał uniwersytet w Wilnie.
Czego w takim domu miał się nauczyć Kazik?
Wstępuje i walczy w szeregach Polskiej Organizacji Wojskowej. Automatycznie Wojsko Polskie zaraz po jego sformowaniu. Misje specjalne nawet na Kubań, jeden z adiutantów gen. Hallera (?) czy Żeligowskiego (?), odrodzenie Polski, wojna 1920, wyzwalanie Wilna, Dow. Taborów Litwy Środkowej . W 1924 (?) w stopniu Rotmistrza przechodzi do rezerwy - w wyniku odniesionych ran niezdolny do służby. Niewiele wiemy, brak informacji.
Osiada w Armatniowie koło Łucka na Wołyniu.
Rosjanie wkraczając 17 września mieli gotowe listy. Aresztują go natychmiast. Żona z 2 małych dzieci (4 i 6 latkowie) w pierwszej wywózce zabrana na Syberię. Babcia nigdy z niej nie wraca - umiera z głodu przy wyrębie lasu. Czy wiecie, że miazga z samego czubka sosny, zeskrobana po zdjęciu kory nadaje się do jedzenia? Mój tato wie. Nigdy bym nie wpadł na to ile innych rzeczy nadaje się do jedzenia. Dzieciaki cudem wracają do Polski z polskim domem dziecka kilka lat po wojnie.
Dziadek Kazik odnaleziony wreszcie na tzw. liście katyńskiej. Nigdy nie dojechał do żadnego obozu. Ostatnie informacje podobno były z więzienia w Mińsku. Ubili go gdzieś, zakatowali, bezimiennie zakopali.
Polski zwykły los.
_
Tylko niech rusek już nas nie "wyzwala na naszą prośbę"!
_


1 i 2 zdjęcie - data, miejsce nieznane,


3 zdjęcie - Wilno, ze swoimi żołnierzami, siedzi w środku w pierwszym rzędzie (zakład fotograficzny Zilbersteina, Wilno, ul. Kalwarijska numer nieczytelny)

4 zdjęcie - 9.11.1901 Nowy Sącz - Pradziadkowie Helena i Jan (w środku) z dziećmi (od lewej Kazik, Myszka i Adam) i przyjaciółmi

wtorek, 16 września 2008

Dość wygłupów

Dość pomysłów na odmienne rzeczywistości czy kosmiczne bzdety. W końcu człowiek poważny, może sobie odpuścić takie niedorzeczności. To, że życie się "zacina" po 40-ce (bliżej końca tej dekady), jak ujęła to U. nie znaczy jeszcze, że trzeba folgować zdziecinnieniu mózgu. Na to jeszcze przyjdzie pora.
To, że zacina się też w innych kwestiach nie oznacza zaraz konieczności ucieczki w świat odrealniony. Może to zacinanie trzeba będzie ciąć jak węzeł gordyjski. W porządku, to w końcu jakieś rozwiązanie. Trzeba się dobrze zastanowić, zdecydować i postarać wykonać. Czasochłonne a rezultaty odległe. Ale wydaje się, że warto zawalczyć.
_
Pusto ostatnio jak w Parku Oliwskim na początku jesieni.
Tylko niespodziewani, pojedynczy, przyjaźni przechodnie.
_
Na zacinanie dobra jest nalewka Mickiewicza - "44".
1 pomarańcza i 44 ziarna kawy w 44 cztery nacięcia skórki.
Zalać procentami (ja bym lał 44% - wolę jak jest słabsze). Odstawić na 44 dni. Zlać przez filtr (owoc wycisnąć).
Aplikować wyłącznie osobnikom powyżej 44 roku życia.
_
Przynajmniej pojawią się jakieś kolory.

UFOki

Podobno istotą fotografii i cechą fotografa jest umiejętność świeżego spojrzenia na zwykłą otaczającą nas rzeczywistość. Okazuje się wtedy niezwykła. Do tego dążę i choć droga jeszcze daleka, efekty już mnie zaskoczyły.
Ostatnio dzięki zaprzyjaźnionemu blogowi (link po prawej - szpitalne życie), wkręciłem się w temat UFOków. Wg. pewnej pani ponoć Dzizas był UFOkiem. Tak daleko to ja nie widzę, żeby sprawy nieba dostrzegać, ale rozejrzałem się wokoło.
Moje koty, Białas i Francesca to UFOki!!! Dobrze, że nie wampiry - widać odbicie. Ale UFOki to na pewno. Hipnotyzują wzrokiem.

Poprawiły metody komunikacji z bazą (w porównaniu do ET).
Nie są bezbronne, a może to nawet być oręż ofensywny.
Pod ich wpływem wydaje się, że powoli staję się kotem. O zgrozo!
Zacznę od dziś nucić:
_
Pernazynka, pernazynka,
to najlepsza witaminka.
Fenactilek, fenactilek,
dla chłopczyków i dziewczynek.
_

Ostatnia linia obrony ludzkości!
_

Białas, czerwonym okiem lasera właśnie wpisał w niebieskie pole komunikacji z bazą wyświetlone na ekranie kompa : "Zatrzymajcie ten świat, ja wysiadam".
Nie daje widać rady ale ok, już długo tu jest under cover.
I niezwłocznie raportuje nie czekając na odpowiedz z bazy: "Konfliktowa wyzerowana".

poniedziałek, 15 września 2008

Zawilce japońskie

Tak wyglądały barwy jesieni dzisiaj o 16.52.
_
Na problemy z mobilnością.
Na melancholię jesienną.
Na złe myśli, zwątpienie, strach i niewiarę.
Na przekór niedobrym ludziom co ranią złym słowem,
prawie niechcący, tak mimochodem .

Natura rzeczy

Zawilec japoński kwitnie piękną kępą długo, aż pierwsze mrozy zważą kwiaty. Jak się ociepli potrafi znowu zakwitnąć choć na chwilę. To na temat kolorów jesieni.
Generalnie natura dobrze to sobie wymyśliła. W każdym momencie energia idzie tam, gdzie najbardziej jest potrzebna. Najpierw korzeń i roślina pracują na kwiat, żeby później, już znacznie mniej widowiskowo kwiat wydał owoc i popracował na resztę rośliny.
Tzw. dzikie plemiona też tak żyją. Tam każdy pełni rolę do której z racji wieku i predyspozycji najbardziej się nadaje. Z wiekiem role się zmieniają. Z pożytkiem dla plemienia.
Tylko my w tzw. cywilizacji wywróciliśmy tę kolej rzeczy do góry nogami. A później mawiamy - "żeby młodość umiała, a starość mogła"!
Paradoksalnie, cywilizacja techniczna daje nam szansę powrotu do natury rzeczy.
Bo jeśli maszyny, automaty przejmą z nas wszystkie prace wymagające mięśni, to zostanie nam to do czego mamy najlepsze wyposażenie, praca mózgiem. Tylko trzeba wtedy odwrócić ponownie kolejność na wzór natury.
Zaczynalibyśmy tak jak teraz, od szkoły. Ale zaraz po niej dobra emerytura do np. 30-tki. Na emeryturę młodych niech pracują ich rodzice i dziadkowie. Koło 30-tki czas zacząć pracować i odkładać na emeryturę swoich dzieci.
Same korzyści:
Młodzi mieliby czas, środki i zdrowie na to co i tak chcą wyłącznie robić teraz ale nie mają kiedy. Aby nie stracić prawa do emerytury i zabawy większość nie myślałaby o dzieciach aż do wieku po emerytalnego. Do wiedzy teoretycznej wyniesionej ze szkoły doszłaby dojrzałość i wiedza praktyczna o świecie i mechanizmach jego działania, którą nabędą w trakcie zabawy wieku emerytalnego. Koło 30-tki podejmując pracę nadal młodzi, mieliby znacznie wyższe kwalifikacje i predyspozycje by jej podołać. Wtedy też byłby czas na planowane i świadomie poczęte potomstwo. Gwarancja rozwiązania problemu przeludnienia. Najlepsze geny w natarciu!
Starsi i starzy nie odchodziliby z wiekiem na boczny tor w poczuciu braku dalszej przydatności. Ich wiedza byłaby cenna. Nie czuliby się niepotrzebni. Od ich mądrości i pracy zależałby los ich dzieci i wnuków. Gorsza, krótsza praca, gorszy los dzieci - naturalna selekcja. Efekt możliwy w drodze ewolucji - wydłużanie czasu życia i sprawności umysłowej ludzi.
Proces starzejącego się społeczeństwa byłby ze wszech miar oczekiwany i cenny a nie jak teraz gdy jest dla nas realnym zagrożeniem.
Trzeba tylko zmienić czas wieku emerytalnego. I żadnej możliwości opóźnienia utraty praw emerytalnych w zgodzie z kartą zasłużonego balangowicza!
Wtedy byśmy zmienili powiedzenie na stanowcze twierdzenie - "młodzi mogli, a starzy umieli".
Prowokacja, utopia czy SF?. Jak chcecie. Mnie ta wizja bawi.

niedziela, 14 września 2008

Jesień

Zacząłem przeglądać swoje archiwum zdjęć, muszę wybrać coś do pokazania na warsztatach. Zobaczyłem, jak wiele kiedyś robiłem zdjęć kwiatów. Niby logika, bo stary kompakt nadawał się tylko do statycznych ujęć. Ale przy tym mam dużo zdjęć jesiennych.
Jesień to dla mnie najpiękniejsza pora roku. Tyle kolorów, zmienna pogoda, różne światło. No ciekawie się robi po tym upierdliwym do imętu upałem i monotonią lecie.
Ludzie narzekają na jesień, że chłodno, mokro i szaro. Niby wiosna to jest to? Tak?
Ludzie, gdzie szaro? Jesień to pora wydawania owoców, życie nie kończy się jesienią. Ono się właśnie wtedy zaczyna! Bez jesieni nie byłoby wiosny!
I nawet mnie troszkę w temat poetycki zwekslowało. Mnie, jak zawsze uważałem, że nie umiem czytać wierszy i mało do mnie przemawiają (wiem, Konfliktowa mnie za to ubije)! Może to zasługa trenowanego do upadłego w szkole na nie najlepszych przykładach - co poeta miał na myśli? Ale czasem mi się coś odetka. Łatwiej w piosenkach. Daję otwartym teksem bo w YTubie NIC NIE ZNALAZŁEM na żywo:
_
Raz staruszek spacerując w lesie
Ujrzał listek powiędły i blady.
I pomyślał, to już chyba jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady.

I podreptał do chaty po dróżce
I powiedział stanąwszy przed chatą
Swojej żonie, tak samo staruszce,
Jesień idzie - nie ma rady na to.

Zaś staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachała rękami obiema,
Musisz zacząć chodzić w pulowerze,
Jesień idzie - rady na to nie ma.

Może się zrobić zimno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień.
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady - jesień, jesień idzie.

A był sierpień, pogoda prześliczna,
Wszystko stało w złocie i zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.

Ale, cóż, oni żyli najdłużej,
Mieli swoje staruszkowe zasady.
I wiedzieli, że wcześniej czy później
Jesień przyjdzie- nie ma na to rady.
_
Ale za to wiosna, ech wiosna - http://pl.youtube.com/watch?v=g-pl_1iMPl8

Zachwycić się wiosną to łatwizna.

Jak w końcówce, wiosną - pisać głupie teksty nawet ja potrafię.

Suplement z 10.10.2008: znalazłem

sobota, 13 września 2008

Kim jestem?

Padło ostatnio takie pytanie.
Częściej myślimy “jestem”. Od święta tylko pytamy „kim”?
Patrząc na moje koty można pomyśleć, ze to tylko dwa zlepki białka przemieszczające się między miską a kanapą, między plamą słońca latem i kominkiem zimą. Ale widać gołym okiem ile przy tym mają frajdy z życia niezależnie od okoliczności, pory roku czy dnia.
Gdyby zedrzeć z nas wszystkie warstwy wychowania, wiedzy, kultury i elokwencji, pewnie dałoby się nas sprowadzić do tego samego. Kompozyt białkowy. Albo mamy cholera tę frajdę albo nie. Reszta to tło.
Biorę pod uwagę motto mojego brata, które wpisał sobie w Skype – "jutro to dziś, tyle że jutro". W takim razie pytanie o to kim jestem jest chybione. To kim jestem to już przeszłość. Przyszłość zaczyna się teraz.
Może lepiej zadać sobie pytanie kim chcę być?
Chcę być pogodnym staruszkiem! Jeszcze mam spory kawałek ale wyboru dokonałem.
Nie chcę, przez swoje wybory, stać się zgorzkniałym staruszkiem ze świadomością przegranego życia i poczuciem porażki. Taki toksyczny staruszek skutecznie mąci radość życia innym. Mamy takich staruszków w nadmiarze.
Chcę skupić się na dobrych stronach, czerpać radość z życia. Czniam kiepskie chwile, czniam przeszkody i niepowodzenia. Dobre rzeczy, te chcę przeżywać i pamiętać.
Patrzę codziennie na mojego kota Białasa. Nikt nie wie ile ma lat. Gdy przyszedł i został był już dorosły, zęby już miał sypnięte. Miał jakieś 5-8 lat. Wybrał to miejsce, żeby tu żyć. Jest tu już dobre 10 lat. To już naprawdę stary kot. A jaką frajdę ma wciąż z życia. Cieszy się z tą samą radością co dnia, dostaje na lekkim wietrze w ogrodzie szajby i gania fruwające listki i źdźbła trawy. Nieustający apetyt na życie, chociaż czasem ledwo łazi.
Choć to kot, chodzi za mną jak pies. Z radością przychodzi zawsze gdy jestem w domu. Mój najlepszy przycisk do papieru na biurku, strażnik klawiatury, współużytkownik poduszki i kołdry. Wybrał swoją plamę słońca tutaj. Jest moim najlepszym nauczycielem życia.
Tak Białasie, chcę być kotem, chcę być Tobą. Teraz i na starość.
Dawno temu dobrałem sobie do swoich myśli motto i staram się je spełniać – „Przeciwność losu to szansa w przebraniu, siła to stan umysłu”. Różnie mi z tym wychodzi ale staram się. Kompromisy rzecz zwykła i codzienna. Ale to co mam pamiętać, czym żyć, z czego czerpać radość wybieram sobie sam! Niezadowolenia, narzekania, pogardy, nieprawości, złych ludzi nie wybieram. Skanalizowany potok składniowy.

piątek, 12 września 2008

Rzeź niewiniątek

Przepraszam za drastyczne w naszym kręgu kultury kulinarnej zdjęcie z targowiska w Balceronie (a świńskie ryje na naszych hakach to jak niby wyglądają, he?), ale taki los mnie czeka. Już za tydzień. Odgłowiony i oskórowany. Do ugotowania.
Ja, z moim amatorskim pstrykaniem i nawet pokazywaniem niektórych fotografii na blogu, zapisałem się na Warsztaty Fotograficzne http://www.warsztatyfotograficzne.com/.
Ostatnio przysłuchiwałem się niewinnej rozmowie dwóch fachmanów fotografii i potwierdziłem tylko przekonanie co do parseków przestrzeni między ich wiedzą a moją. Oni patrząc na fotografię dostrzegają to o czym ja nawet nie mam pojęcia, że istnieje. Ale cholera, jeśli uczyć się to od najlepszych! Z samooceną u mnie generalnie nie najgorzej więc i tę konfrontację z własnymi obawami przeżyję z nadzieją na dalszy rozwój. Choć do Magnum się nie wybieram to frajdę z pstrykania mam, trzeba się więc rozwijać.
Miejsca wolne chyba jeszcze jakieś są. Chętni mile widziani. Trzeba mieć tylko chęć, własny aparat (najlepiej cyfrę) i kilka fotografii własnej produkcji do pokazania.
Darka, jednego z prowadzących znam i bardzo lubię. Dużo już mnie nauczył. Trochę wiercę mu dziurę w brzuchu moimi pytaniami. I Darek i Paweł zlinkowani są na blogu po prawej, chętni mogą zajrzeć. Ludziska z całej Polski jadą - Warszawa, Poznań, Olsztyn no i Trzëgard (Trójmiasto). Miejsce podobno cudne, ludzie przyjaźni. A co tam, jadę, niech mnie ugotują byle dobrze przyprawili.

czwartek, 11 września 2008

Siła graffiti

Lubiłem wieczorami pojeździć dla zdrowia na rolkach ścieżką rowerową nad plażą. Od Brzeźna do Jelitkowa i z powrotem. Rolki, ochraniacze, luźne ciuchy i słuchawki w uszach z Dianą Krall lub Shade. Full relaks w powolnym rytmie słuchanej muzyki. Czasem siadałem, żeby odpocząć na ławkach mola. Aż zauważyłem to graffiti przy bocznym zejściu na plażę.
Ewelina może się cieszy ale natura podpisanego to natura! Rowerowa ścieżka jakoś dziwnie ostatnio pustoszeje wieczorami. Tabloidy milczą. Patroli więcej. Porucznik Żbik pewnie na tropie. Pocieszam się, że może rolkarze są za szybcy dla Wilkołaka, a wokoło moherowych troszkę na ławeczkach. Chociaż ostatnio też ich ubywa. Chłodne wieczory winne czy Wilkołak?

Dla kontrastu...

i przeciwwagi, zelektryfikowana chatka Baby Jagi.
Stoi ich kilka w przystani PTTK we Wdzydzach Kiszewskich od kiedy pamiętam, czyli min. od późnych lat 70-tych, kiedy zaczęliśmy tam żeglować z rodzicami. To ponoć domki kempingowe, ale ja tam nie wierzę. Po co stoją na palach jeśli są w najwyższym miejscu w okolicy? Dobre 5-10 m nad poziomem jeziora. Baba Jaga rules! To jej dzielnia!
Tylko prąd doprowadzili, żeby nie musiała węgla nosić do pieca. Teraz ma piec elektryczny z rożnem i z timerem. Może skupić się na szufli, żeby nikt z niej nie uciekł jak go będzie do pieca ładować. Potem rygluje, idzie na kawusię i ploteczki z Ratownikiem. Przychodzi na gotowe jak timer zadziała.
A głupie ludziska jeszcze same płacą za takie atrakcje. Później łażą takie ładnie przyrumienione na chrupko, że aż skórka im schodzi i opowiadają dla niepoznaki, że na słońcu się spiekły. Jasne! Solary jedne!

Lizaki_5


Na koniec, jak wielka kropka nad "i", jak zagubiony element puzzli, czekała na mnie u stóp skarpy, wbita, wrośnięta już niemal w brzeg jeziorka łódka Rybaka!
Tego już było za dużo. Mój racjonalny i trzeźwy mózg zaczął się buntować. Dosyć nadinterpretacji, bo jeszcze się na stare lata nawrócę. Kalki i schematy! Wystarczy mi, że miejsce świetne i spokojne.
Wypinam z tematu metafizyki i skupiam się na zdobyciu informacji o obiektach.

środa, 10 września 2008

Lizaki_4



Jak już się naoglądamy kościółka z Tyłowa i chałupy z Pieniężnicy, możemy zwrócić uwagę na to co w Lizakach było jeszcze zanim sama wieś powstała. Drogą między wspomnianymi budynkami (ostrożnie, bo bardzo stromo), dosłownie rzut beretem w dół skarpy schodzimy do jeziorka. Brak słów! Gdyby nie młody las, widok z chałupy i kościółka byłby nieograniczony. Ale nie byłoby niespodzianki po zejściu na dół. Tego wieczora gdy tam dotarłem, to było jedno z najspokojniejszych miejsc w jakich ostatnio byłem. "Plajster" na skołatane nerwy, zakładając że się je ma.
Wierzący powiedziałby, że to miejsce blisko boga. Nie dziwi mnie już, że właśnie tu przeniesiono ten kościółek. Blisko absolutu napewno.

wtorek, 9 września 2008

Lizaki_3


Zaraz obok kościółka, oddzielona od niego tylko drogą schodzącą do jeziora stoi przepiękna chałupa. Bardzo pasuje w tym miejscu ale... ona też nie jest stąd. Została w to miejsce przeniesiona z Pieniężnicy (kaszb. Pieniãżnica). I to jest wszystko co o niej wiem czyli jeszcze mniej niż o kościółku. Obfociłem ją niestety tylko zza płota. Fotki zwykłe, że tak powiem turystyczne. Teren prywatny, nikogo w środku, kogo można by spytać o samą chałupę i pozwolenie wejścia na teren posesji. Muszę więcej się o niej dowiedzieć. A jak bardzo chciałbym tam wejść, zobaczyć ją od frontu i wnętrza to trudno opisać. Oj czeka mnie wyprawa w to miejsce! Zobaczę rzecz niezwykłą z rzeczywistości, która już odeszła i może zrobię jakieś ciekawe zdjęcia.

niedziela, 7 września 2008

Kaszëbë

Kaszëbë abò Kaszëbskô (pl. Kaszuby, de. Kaschubei) - òbénda nad sztrądã Bôłtu, part Pòmòrsczi dze żëją Kaszëbi (aùtochtoniczny Pòmòrzani).

Lokomobila

Lubię zdjęcia z Dzikiego Zachodu. Niekoniecznie te z kowbojami ale takie zwykłe świadectwa epoki (i postępu). Oczyma wyobraźni widzę wtedy otoczenie takiego miejsca. Pewnie gdzieś obok kładą tory kolei trans-pacyficznej albo budują kolejny most przez urwistą rzekę. W pobliżu, w cieniu wozu osadników przykucnięci kulisi zjadają swoje porcje ryżu (a może fasoli).
Wszystko by się zgadzało, tylko że zdjęcie jest zrobione współcześnie (24.08.08), na Kaszubach w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich. Wyobraźnię tak łatwo oszukać i popchnąć w stronę schematów myślowych.
Lokomobila stanowi napęd starego, zrekonstruowanego tartaku. Przez te wszystkie lata od kiedy byłem tam po raz ostatni skansen bardzo się rozrósł. Kiedyś wydawało mi się to mało interesujące. Teraz spojrzałem na to innym okiem i ten świat rekonstruowany jest pełen uroku, tradycji i wiedzy historycznej po prostu. Nie historii przez duże H, tej podręcznikowej, ale tej codziennej, bliskiej życiu i ludziom.

piątek, 5 września 2008

Pustka


Może miał rację Darek, kiedy mówił, że w Polsce fotografia się nie przebija. Ludzie z nią nie związani bezpośrednio, nie chodzą jej oglądać, nie kupują, nie cenią. Dla ilu Polaków jest wartością samą w sobie?
Poszedłem wczoraj jeszcze raz obejrzeć świetne portrety Petera Lindbergh'a wystawione w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Przyciągnął mnie tam ponownie, genialny portret Umy Thurman (zamurowało mnie za pierwszym razem jak go zobaczyłem w tej skali i w tych odcieniach).
Godziny popołudniowe, wstęp wolny i jakie rozczarowanie. Byłem jedynym zwiedzającym! Musiało tam długo nikogo nie być bo nawet oświetlenie było zgaszone. Przez to fotografie były prawie nie do oglądania, niewidoczne przez refleksy otoczenia w szkle oprawy.
Pustkę tego miejsca widać w oczach Penelope Cruz. Wnętrze filharmonii lepiej widać w odbiciach niż same portrety.
Człowiek pilnujący wystawy nawet nie pomyślał o tym, żeby oświetlenie włączyć dla jednej osoby. Byłem taki rozczarowany, że nawet go o to nie poprosiłem.
Ale jest też optymistyczny akcent. Ktoś jednak zobaczy te zdjęcia i to dobrze oświetlone. Na piątek w tym samym wnętrzu (przypominam, że to Polska Filharmonia Bałtycka) szykowano wesele (ustawione stoły widać na odbiciach) sic! Znikną refleksy i górne światło wydobędzie twarze portretowanych. Kto jednak będzie kogo oglądał? Wg. mnie to twarze z portretów zobaczą polską rzeczywistość z jej wartościami.

Plaża odpoczywa



Jeszcze widać ślady na piachu, śmieci lśnią świeżością kolorów.
Znikną, to tylko kwestia czasu. Do następnego sezonu.

czwartek, 4 września 2008

Lizaki_2



Wieś Lizaki, poza urokliwymi stawami pokazanymi kilka postów wcześniej, ma jeszcze kilka niespodzianek dość zaskakujących.
Jeśli pojechać dalej drogą przecinającą wieś i nie przejmować się tym, że zabudowania wsi się skończyły, dojeżdza się w TO miejsce. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic tam nie ma. Takie miejsce pewnie nazywało się kiedyś kolonia lub wybudowanie i jest tam raptem jedno gospodarstwo rolne, z dość zaniedbanym z wyglądu obejściem. Otoczone zbudowanymi wzdłuż drogi domami letniskowymi (choć niektóre wyglądają jak całoroczne domy w mieście). Za zabudowaniami dobra droga się kończy skrzyżowaniem leśnych dróg polnych. Zawróciłem i chciałem odjechać. Na szczęście ponad dachami domów zauważyłem wieżę kościelną. Gdy podjechałem bliżej zaskoczyło mnie to co zobaczyłem. Kościółek nie był jedyną niespodzianką ale o pozostałych innym razem. Samo istnienie kościoła w tym miejscu było zagadką. Kto stawia kościół tam gdzie wiernych można znaleźć w jednej tylko chałupie a wieś ma do niego parę ładnych kilometrów? Czy było tu kiedyś więcej chałup?
Za to jak pięknie położony! Na krawędzi skarpy zarośniętej niezbyt starym laskiem, schodzącej stromą drogą nad jeziorko. Ta podmurówka i podpiwniczenie od strony skarpy tak ciekawe jak nietypowe. Perełeczka!
Na kurku dachowym dwie daty 1755 i 2003. Kościół wygląda na starannie odnowiony i nawet odbywają się w nim nabożeństwa (raz w tygodniu w niedzielę i tylko w sezonie letnim wg. kartki przypiętej przy drzwiach).
Okazało się, że kościoła w tym miejscu nie było! Rzeczywiście został wybudowany w 1755 ale... we wsi Tyłowo (
kaszb. Tëłowò), kilka kilometrów od Wejherowa. Dość daleko. Wg info z internetu prezbiterium kościoła z 1755 z Tyłowa zostało rozebrane i przeniesione do wsi Lizaki w 1999 roku! Data 2003 pewnie oznacza moment zakończenia prac. Nie odnalazłem jeszcze więcej informacji ale raczej sobie nie odpuszczę i spróbuję dowiedzieć się jeszcze czegoś o tym miejscu. Jest trochę pytań, na które chciałbym znaleźć odpowiedz. Jeśli, jak piszą w internecie to jest tylko prezbiterium przeniesione w to miejsce, to czemu wygląda jak kompletny kościółek? Elementy konstrukcyjne wyglądają na jednakowo stare. Ta podmurówka od strony jeziora w takim razie pewnie jest współczesna, za to jak dobrze dopasowana do całości. Chciałbym wejść do środka czyli trzeba pojechać tam w czasie mszy i wtedy pogadać z księdzem. Bardzo jestem zaciekawiony historią tego miejsca.
Blog Widget by LinkWithin