czwartek, 31 grudnia 2009

Coffee your days






Pragnę Wam życzyć sylwestrowo tylko tyle, żeby przyszły rok był jak kawa, mocny jak dłoń przyjaciela i  jak cava, żeby lekko przyprawił Was o radosny zawrót głowy.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Serwis sylwestrowy


W sumie nie tylko sylwestrowy. Uważny obserwator codzienności łatwo może dojść do wniosku, że jest w tej profesji potencjał niezależniy od sezonu.
A chłopaki ćwiczą sprawność w odwożeniu. Do takiej wprawy doszli, że tylko dla urozmaicenia potrafią lusterko ustawić stopą, nie mówiąc już o tym, że dla lepszego wyczucia każdego auta prowadzą na bosaka. No gdzieżby tak mogli zadeptywać auta klientów?
Ciekawe jak sobie z tym radzą zimą?

czwartek, 24 grudnia 2009

Espressowa pierwsza gwiazdka


Szczęście nadaje sens życiu,
to magia w sercach zaklęta.
Nie pozwól mu zostać w ukryciu,
podaruj je bliskim w święta.
_
Wirtualne uściski i ciepłe myśli wszystkim odwiedzającym i tym przeze mnie odwiedzanym.

Wesołych świąt



wtorek, 22 grudnia 2009

Gorąca adoracja przedświąteczna



Co może być przedmiotem tak gorącej przedświątecznej  adoracji moich kotów? A w zasadzie powinno być powiedziane, że to jest adoraca gorąca. Bo tu, rzecz jasna chodzi o kominek i to nie jakiś tam sobie, pierwszy lepszy ale gorący! Ale to przyjemne, gdy tak sobie promieniuje ciepłem.
PS. To nie koty są tak duże tylko wiaderko malutkie :)

sobota, 19 grudnia 2009

Bombardino cross





Układam dziś buteleczki w bombardino cross i wznoszę toast pijąc calimero.
Za Twoją pamięć Docik.

Dzięks KiciaF


No i jak tu Ciebie nie polubić, nawet korespondencyjnie? I to od razu z siłą bombardino! :)
_
Przyszły niespodziewanie ale w samą porę.

środa, 16 grudnia 2009

Przypadkowe ruchy w ciemności


Jako przypadkowe ruchy w ciemności, można postrzegać wiele spraw w życiu.  Są złe przypadki i te dobre. Przypadkowość zakłada brak możliwości świadomego wyboru i kierowania biegiem wydarzeń. Ale  przypadki można rozwinąć w szereg działań celowych i nieprzypadkowych. Potraktować przypadek jako impuls, bodziec, zachętę, motywację, bazę do budowania w sposób celowy. Nawet zły przypadek daje się czasem odwrócić w pozytywne skutki.
Niewątpliwie złym przypadkiem w życiu każdego jest choroba. Dark Zone Black Warior wie coś o tym. Jej się trafił z rozdzielnika ślepego losu przypadek w spotęgowanej formie, nie poddającej się zwykłej terapii. Jest narzędzie, żeby AnnaBlack mogła powalczyć ze złym przypadkiem i zdyskontować pozytywnie jego obecność ale niestety w naszym systemie trudno dostępny. To drogi lek o nazwie Tysabri, którego NFZ, równie ślepy jak sam los, odmawia potrzebującym w Polsce. I to jest chyba koniec złych przypadków w tej historii.
Suma dobrych przypadków jest znacznie większa.
Anka walcząc z chorobą zaczęła się zmieniać. Nabiera siły psychicznej, wiary w siebie i swoje możliwości, wiary w ludzi. Jest w swoim życiu silniejsza i dojrzalsza. Coraz więcej, walcząc o siebie i docierając do świadomości publicznej, ma szansę niesienia pomocy innym ludziom, którzy nie mają jej odwagi i siły. Stopniowo dając poznać siebie, rozbija obojętność niektórych wobec swojej choroby lub innych chorych. Na własnym przykładzie, pokazuje jak dzięki serii dobrych przypadków wspartych jej własnym silnym działaniem, można chorobę powstrzymać, odwrócić zmiany chorobowe a może i pokonać chorobę.
Przypadkiem, i to był dobry przypadek wiele osób połączyło swoje siły starając się Ankę wesprzeć w tej walce. Wbrew malkoltentom, wyznawcom spiskowych teorii, niedowiarkom, zazdrośnikom, udaje się zbierać od ponad roku fundusze na zakupy Tysabri. Nie małe fundusze.
Dziś Anka ma małą rocznicę i zasługuje na jubel z jogurtem i gorzką czekoladą. Dziś mija rok kuracji. Dziś miała dostałać 12-tą dawkę leku, który bezapelacyjnie jej pomaga. To nie jest przypadek i można samemu zobaczyć efekty kuracji na filmikach przez nią kręconach. Dawka po dawce, z miesiąca na miesiąc Anka staje się innym człowiekiem, fizycznie i psychicznie.
Może dość na razie o przypadkach, pogadajmy o działaniach celowych. Nikt nie lubi, żeby decydował za niego przypadek. Szczęśliwie dla Anki możemy całkiem świadomie i nieprzypadkowo podjąć decyzję o przeznaczeniu 1% odpisu od podatku na określony cel. Podejmijmy działania celowe i nie pozwólmy, żeby ślepy księgowy NFZ, odmawiając pomocy potrzebującym, czynił zło w naszym imieniu. Przeznacz Swój 1% odpisu od podatku na pomoc Ance lub innym chorym. Naprawdę warto. Nie daj się zmarnować Twoim własnym pieniądzom zabieranym przez rekieterski system w formie haraczu od Twojej własnej ciężkiej pracy.
Jeśli masz możliwość i odczuwasz taką potrzebę, możesz przekazać więcej środków na tą pomoc. Anka lub inni chorzy będą Ci wdzięczni.
_
Bądzmy ludzmi nie tylko z przypadku.

niedziela, 13 grudnia 2009

Zbyszek


Oswojone twarze. Też tak macie?
Im częściej kogoś widujemy, im bardziej jesteśmy przyzwyczajeni do danej osoby, tym łatwiej jest się przyłapać na tym, że właściwie nie widzimy już ich twarzy. Nie przyglądamy się szczegółom, nie widzimy zmian, postępu czasu. Nie patrzcie na swoje odbicie w lustrze, nie o tym mówię, wielu z nas w takim przypadku jest nadmiernie krytyczna i widzi więcej niż by chciała. Popatrzcie na twarze kolegów, przyjaciół, pani w sklepie, która codziennie od lat sprzedaje wam rano bułki. Na twarze rodziców. Czy ten aktualny obraz rodziców, który macie w sobie jest inny niż ten który mieliście w dzieciństwie, w czasie studiów itd.?
Człowiek oswojony zaczyna funkcjonować jako wyobrażenie, jakie powstało w naszej wyobraźni z tysięcy obrazów jego twarzy, sylwetki, zachowań jakie widzieliśmy przez lata. Nie widzimy już rzeczywistego obrazu a tylko przekaz emocjonalny wyprany z patyny czasu. Odbieramy ich emocjami, nerwem, na wyczucie, to wyraz twarzy, mowa ciała ma znaczenie a nie jego rzeczywisty wygląd.
I nagle, np. przeglądając stare zdjęcia klasowe i mając do porównania współczesne zdjęcie, można się na tym złapać jak bardzo z wyglądu jesteśmy innymi ludzmi. Ile zmian zaszło. Nie na gorsze, nie na lepsze tylko w stronę odmiennego wyglądu.
Jak z tym filozoficznym stołem. Nikt z nas nie postrzega danej osoby tak samo ani nawet zgodnie z rzeczywistością. Rzeczywistość jest wykreowana przez nasz mózg z tysięcy nakładających się obrazów.
Idea człowieka. Oswojona twarz.

czwartek, 10 grudnia 2009

Wiaderko z łopatką




Nasze wiaderko z łopatką, pieszczotliwie jako zestaw zwane Matchboxem albo Dżejką, w akcji. Powozi pociech osobisty. Dla odmiany i rozrywki (oczywiście) ;)
Znajomy budowlaniec-transportowiec mówi na naszą Dżejkę - kabriolet. Gdy musiał wywieźć swoją ciężarówą 70 m3 ziemi, którą wywaliliśmy kopiąc dziurę w ziemi pod oczko wodne, nie chciał uwierzyć, że zrobiliśmy to naszym Matchboxem. Gdy wreszcie dał się przekonać (z dużym trudem) to powiedział tylko, żebyśmy nie robili żadnych filmików jak się tym pracuje i nie dawali tego na utubę. Bo jak ludzie zobaczą, że takim kabrioletem można poważne roboty robić to nikt nie kupi poważnej koparo-ładowary za nie wiadomo jakie pieniądze. Gdy mu jeszcze powiedziałem, że to nasze Mini JCB pali tylko 3 litry ropy na godzinę, myślałem, że się załamie.
Nie wiem czemu się tak dziwi? Wystarczy trochę dla odmiany poznać najnowszej historii.
Przed II wojną hutę Stalowa Wola, łopatami, nosząc urobek w koszach i wożąc taczkami, przy całym transporcie furmankami, zbudowano w 3 lata.
Po II wojnie Hutę Katowice ogromnym wysiłkiem i wszystkimi technicznymi środkami przodującego systemu, przy wsparciu zapewne specjalistów i doradców z kraju przodującej myśli nie tylko technicznej, budowano 20 lat i nie skończono.
Grunt to motywacja!

środa, 9 grudnia 2009

Pionizacja po ciemaku






Zima jakoś zabradziażyła po drodze. Może jej się jakiś misiek polarny przystojny trafił i oderwać się nie może od przyjemności do obowiązków. Mrozu nie ma, śniegu też, można jeszcze podziałać co nieco.
Ale kalendarz stary dziad, na zimę siwą i skostniałą się nie ogląda i pędzi do przodu. Widać wiosna mu się bardziej podoba, młódka taka niedoświadczona cała w zieleni. To i ciemności egipskie w połowie dnia zarządza, jakby chciał sobie więcej pospać, żeby szybciej doczekać i sił nabrać na czas gdy już wiosnę zieloną poprowadzi, żeby z jego doświadczeniem rumieńców nabrała i rozkwitła dojrzałą urodą.
A ty się człowieku gimnastykuj. Robotę ledwo zaczniesz to już nic nie widać i utrzymaj pion po ciemku! A potem płot będzie stał taki zawiany i krzywy jak sąsiad Kargulo-Pawlak oparty o błotnik merca, gdy go własny pitbulo-bulterier, czując od niego odór przetrawionego mózgotrzepa ze strachu w łydkę dziabnie.

wtorek, 8 grudnia 2009

Płot jest najważniejszy






Nie ma budowy bez płotu. Płot jest najważniejszy!
Jest ceperski gazda z gaździną, znaczy zaczątek stada jest. Jest pies pasterski Funią zwany. Ma być gazdówka, bacówka, sałasik cy co inse byle z drewna, to najsampierw płot trzeba postawić.
Chałupa ma stanąć w szczerym polu, do najbliższego sąsiada beret rzucony z wiatrem nie dolatuje nawet w pół drogi ale prawo mówi, że budować bez płotu nie można. No mus płot stawiać.
No to się płot stawia. Jakiś dziwny on jest ten płot. Na owce za duży, na żyrafy za mały a na słonie za słaby. Musi jest ci on na sąsiadów. Sąsiadów jest raptem trzy sztuki ale jeden się zawsze musi trafić felerny, mieszaniec Pawlaka z Kargulem, któren już geodetę gania o dwa palce na miedzy i kamienie geodezyjne samowolnie i samotrzeć przesuwa. Dobrze chociaż, że mu kosa przerdzewiała. Ale za to ciąga za sobą wypłoszowate pitbulo-bulteriery.
Policja powiadomiona, geodeta ponownie zapłacony, kamienie geodezyjne znowu na miejscu są a Kargulo-Pawlak się dalej buldoczy, choć mu geodeta naocznie sprawę wytłumaczył. Linia jest prosta jak byk szczał a temu oko dziwnie skręca i parę metrów się w bok łukiem przesuwa. Nie gramotny do tego jakiś i na mapie się zna tak jak na sputnikach. Wie znaczy, że istnieją. Ale wierzyć w to, to już nie wierzy.
I buduj se gazdo ceperski z gaździną chałupę w szczerym polu, żeby miejska patola z dala została, lusterek z auta nie obrywała, to Ci się trafi taki jeden trefniak, co bez celu, bez przyczyny, bez powodu i w ogóle bez czego tam jeszcze ale za to szczerze i zawzięcie jakość nowego życia partoli, zanim się jeszcze zaczęło.
Geodeta mądry człowiek. Na pytanie co z takim Pawlako-Kargulem zrobić, wymownie kiwał głową w kierunku pobliskiego stawu. Pośliznąć by się taki mógł na gliniastym brzegu. A z nim razem do wody tego jego strychninowatego merca i pitbulo-bulteriery i wszystkie inne atrybuty, którymi poprawia sobie samopoczucie i samoocenę. Ale by się atmosfera od razu oczyściła!

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Płot


To coś nierozpoznane w mroku zniknęło, ale płot został.
Właśnie, płot! Płot jest najważniejszy. U Pawlaka z Kargulem.
I na budowie też.

niedziela, 6 grudnia 2009

Figa z makiem


No i nie dowiem się co takiego mi z mroku wylazło. Ustrzelone, powieszone, musiało za bardzo przeschnąć, obluzowało się, zsunęło się z gwoździ i rozpłynęło się ponownie w mroku. A w ramce nad kominkiem guzik z pętelką będzie lub figa z makiem.

sobota, 5 grudnia 2009

Najpierw strzelaj, potem pytaj.


Zgodnie z tą zasadą ustrzeliłem. Teraz suszę na płocie. Powieszę sobie w ramce nad kominkiem i wtedy dopiero spytam: "Szto takoje? Takowo cziornowo cziorta nikagda nie widieł".

piątek, 4 grudnia 2009

Co wylazło z mroku...brrr?


Coś nagle wylazło z mroku. Yeti, Wielka Stopa czy...awers z czeskiej korony?



środa, 2 grudnia 2009

Solista - odchodząc w sen

Gdy po kolejnym pieprzonym dniu, przejęty filmem właśnie obejrzanym leżysz skulony jak embrion z kołdrą naciągniętą na głowę, w pustce i samotności rozerwanej jedynie ledwo słyszalną muzyką płynącą z głośnika, odchodząc w sen o czym myślisz?
Obejrzałem film "Solista" i poruszył mnie bardzo. Czy dlatego, że lata temu pracowałem z chorymi psychicznie? Czy dlatego, że czasem mam z nimi do czynienia? Czy w tym filmie zobaczyłem jak ludzie umierają czy jak się odradzają?
O czym myślą chorzy ludzie? O czym myślą umierający ludzie? Czy myślą o tym, że umierają? Czy myślą o tym na wiele dni wcześniej nim ten proces przejdzie w stan wyraźnego postępu? Czyż nie umieramy każdego dnia po trochu tak jak umiera czas, który właśnie wypełniliśmy swoim istnieniem? Truizmy?


A może tytułowym solistą nie jest tylko chory muzyk ale także dziennikarz? Każdy z nich gra solo na swoim instrumencie, w swojej orkiestrze, próbując przebić kokon izolacji, w którym tkwi. Czy z samotności wyrwie ich duet przyjaźni? Czy przełamane uczucie izolacji, zagrożenia i nie spełnienia, pozwoli im stworzyć inne duety?

Czy potrafią dać i przyjąć bez warunków? Czy będą umierać przez to wolniej?

Co z pozostałymi? Tak samo z pokazanymi bezdomnymi jak i współpracownikami dziennikarza.

Spodziewałem się filmu opartego na schematach a tymczasem między jednym a drugim schematem dostałem dobrze podane sporo spostrzeżeń o ludziach, pokazanych dobrą grą aktorską, trafnie napisanymi tekstami. Pewnie, że można obejrzeć ten film jak historyjkę, sentymentalną ciekawostkę nie patrząc głębiej, nie słuchając słów, nie myśląc o ich znaczeniu. Dobrych filmów opartych na podobnych schematach było już sporo: Fischer king, Przebudzenie...można dalej wymieniać tytuły. Ale nie wyłącznie o historię do opowiedzenia tu chodzi ale o ludzi. O nasze uniwersalne pytanie, kim my ludzie tak naprawdę jesteśmy? W czym tkwi esencja naszego człowieczeństwa? Jaki jest sens i granica naszego istnienia? Czy umieranie nie zaczyna się znacznie wcześniej, wraz z rosnącym osamotnieniem, osłabieniem więzi, rozgoryczeniem, brakiem spełnienia, chorobą?

Wydaje się, że z pozoru nie związany z treścią filmu wątek zwierzaków niszczących trawnik w poszukiwaniu robaków, żeby się nażreć, nie jest tak odległy tym pytaniom. Jest bardziej związany z treścią filmu, z pytaniami jakie stawia niż z pozoru może się wydawać. I znamienne jest to, że jedynym sposobem, żeby wypłoszyć szkodniki jest fetor szczyn kojotów!
_
Fotografia: miejscówka pana Darka, lokalnego bezdomnego. Czasem się tu chroni pod koniec dnia. Dobrze wybrana. Spokojnie, na uboczu, sucho, jasno, czysto, ciepło (wywiew z parkingu podziemnego). Nie wiem czy tu sypia, czy ma jakiś dom. Jest mało typowy - nigdy nie widziałem go "po spożyciu".

sobota, 28 listopada 2009

Filozoficzne podejście do ideii stołu.

Jak mówi piosenka, stara jak świat i chyba do tego kabaretowa, stół to nie jest miejsce do miłości. Są tacy co zawzięcie będą polemizować z tym twierdzeniem, ale nikt nie zaprzeczy, że do wielu innych zastosowań stół się nadaje wyśmienicie. Jeżeli, wg filozofów, stół nie istnieje w rzeczywistości a patrząc na niego, każdy z nas widzi go innym, widzi tylko jego ideę, to właściwie nie ma ograniczeń w wymyślaniu tego, do czego stół sią nadaje. Z drugiej strony jeśli istnieje tylko idea stołu, to czemu do diaska ten zawzięty motorowodniak się nie utopił? Na czym on się na wodzie unosi? Czy jest to przykład człowieka, którego poniosła idea?fotograf i pochodzenie fotki nie znane Agregatowi.
Agregat ma to zdjęcie w komputerze od lat, pieczołowicie przenosi je przy zmianach komputera, i za każdym razem go śmieszy i zadziwia, gdy na nie znowu spojrzy.
Był nawet okres, gdy miał je wydrukowane, powieszone na ścianie i (współ)pracownikom pokazywał jako przykład twórczego podejścia do rozwiązywania problemów. Ważne, żeby w życiu nie zasklepiać się w zaklętym kręgu schematów myślowych. Wtedy jest szansa, że szczęśliwie popłyniemy, na czymś co wydawało się do tego nie przydatne, zamiast stać i płakać lub utopić się próbując załatwić sprawy na piechotę.

czwartek, 26 listopada 2009

Draka

A u przyjaciół blogerów Abiegio i Szamana, którzy jakiś czas temu zmienili kwaterunek wciąż trwa draka na argumenty wszelakie możliwe i niestety coraz bardziej oddalacące się od tematu głównego, zwłaszcza w komentach, do czego o zgrozo piszący te słowa też dołożył swoje trzy po trzy. Aż mnie od tego ogarnia melodia do drak z wieczora choć dzionek zaczynał się ślicznie i apetycznie. Ubóstwam drakę! Chcę ciągle nowych drak:
No lać się! Zwyczajnie, ma być draka! Do krwi!
Robota zlecona ma być wykonana bez skrępowania inicjatywy zleceniobiorcy.

A wątek draki wywołuje uczucie bezsilności i świadomość strzępienia języka po próżnicy. Bezsilność to jedno z najbardziej nieznośnych uczuć i wtedy można stać się odrażającym drabem co to...buch, buch...zakopie dwóch...wysączy dzban...

...i będzie po herbacie.

Barka mieszkalna


Lokalizacja: Gdańsk, Rudniki, Płonia Mała, Czarna Łacha, ul. Tarcice.
A podobno w Polsce nie ma barek mieszkalnych. Za to są przepisy, wg. których takich barek praktycznie nie powinno być. Trzeba mieć stały meldunek w mieście, bo barka adresu nie dostanie, nikogo na niej nie zameldują. Musi być na niej zatrudniony min. jeden człowiek z książeczką i uprawnieniami marynarza itd. ble, ble, ble. Bo w myśl naszego prawa barki mieszkalne, nawet bez silnika, zacumowane na stałe, są traktowane jak normalne statki i muszą spełniać wszelkie wyśrubowane wymagania dotyczące prawdziwych statków. Czysty absurd. A jak malowniczym są rozwiązaniem i jak potrafią podnieść walory estetyczne miast wiedzą wszyscy, którzy choć raz byli w Amsterdamie, Paryżu, Kopenhadze....
Barka ze zdjęcia jest w tym miejscu zacumowana nie wiem jak długo. Dłużej niż żyję zapewne. Pamiętam ją od kiedy tam zaczęliśmy jeździć do klubu żeglarskiego, czyli minimum 30 lat. Znam właściciela, nawet kiedyś lata temu oglądałem jej wnętrze. Nic nadzwyczajnego. Betonowy kadłub. Na nim zbudowana konstrukcja z belek drewnianych. Czyli tak naprawę, wg dzisiejszych standardów bardziej barak niż dom szkieletowy. To było mieszkanie biednych ludzi. Woda bieżąca i prąd podane z brzegu. To wszystko, można mieszkać. Owszem pływa to w sensie unosi się na wodzie, ale nie przemieszcza się po wodzie od kilkudziesięciu lat.
Lokalna legenda głosi, że na barce mieszkała samotna starsza pani. Jakoś wiązała koniec z końcem. Aż jakiś lokalny młodzian, pod wpływem majaków wypłukanej tanimi jabolami chorej wyobraźni o skarbach babuleńki zgromadzonych z regularnie odbieranej mizernej renty czy emerytury, napadł ją, dręczył i wreszcie zabił grosza nie dostawszy. Bo babcia nie miała pieniędzy. Zabrał jej drań jedyne co jeszcze miała, życie.

środa, 25 listopada 2009

Obywatelskie nieposłuszeństwo

Przypadek obywatelskiego nieposłuszeństwa rozpalił do białości umysły blogerów Abiego i Szamana i wielu ich gości. Przeczy to teorii, że jako nacja jesteśmy mało społecznie zaangażowani. Możemy długo i namiętnie dyskutować, porywające przykłady cytować (co z tego, że mało do siebie wzajemnie pasujące), nawet ponarzekać i rację sobie wzajemnie przyznać. Ot oczyszczające przeżycie bez konsekwencji.
No to czas się przyznać do obywatelskiego nieposłuszeństwa we własnym wykonaniu. Skala mała ale potwierdza fakt, że należy zaczynać od siebie.
Wyłamuję się od min 5 lat z obowiązku płacenia ZUS na czas.
Było, że płaciłem na czas, a jakże. Maksymalną stawkę nawet płaciłem, niebagatelną kwotę np. w 2004 roku 3,5 tys zł od siebie samego miesięcznie. Płaciłbym więcej, gdyby nie to, że to był górny pułap prawem przewidziany.
Co w tym śmiesznego? Ano to, że jak się okazało po niewczasie, nie musiałem! Miałem własną działalność, z której mogłem płacić tak jak wcześniej stawkę minimalną a nadwyżkę ze znacznie większym pożytkiem dla siebie wpłacać na prywatne ubezpieczenie emerytalne, które oczywiście opłacam regularnie z własnej woli. I do tego miałem kontrakt managerski, umowę cywilno-prawną i nie musiałem od niej płacić całości. Ale dobry ZUS mnie o tym nie poinformował, chętnie pieniążki przyjmował a jakże, potwierdzał zasadność. A gdy się rozchorowałem i rozłożyłem na pół roku, co prędzej odmówił mi jakichkolwiek świadczeń i zostałem jak ten jeleń na rykowisku. Dostałem z ZUSu 0zł (słownie zero zł) przez cały okres choroby. Chory przez pół roku, mimo to nadal musiałem płacić stawkę minimalną od zarejestrowanej działalności gospodarczej. To są dopiero Janosiki. Tak ludziom dupę kroić i własnym "biednym" rozdzielać świadczenia.
Powiedziałem wtedy dość. Nie płacę na czas. Jeśli chcą moje pieniądze niech sami wezmą. Niech jakaś panienka w ZUSie choć trochę popracuje, niech wyśle upomnienie, niech wyda nakaz, policzy odsetki, niech sami, po niewczasie egzekwują to z mojego konta. Pieniądze tam leżą, czekają na nich, niech tylko choć trochę się wysilą, żeby je dostać. I niech sami policzą ile się należy a nie biorą wszystko co sią da, zasadnie czy nie.
Wiem, płacę odsetki, koszty egzekucji i inne pierdoły, robię to świadomie. Na to mnie stać. Nie stać mnie na koszt psychiczny tego, że ktoś robi mnie w ciula jak chce a ja nic nie mogę. Robię to zgodnie z prawem bo takie są konsekwencje i kara za złamanie tych przepisów i ja się na to godzę.
Mam też prawo nie płacić tej małej części, która w teorii w razie choroby powinna dać mi wypłacany z ZUS równoważnik utraconych dochodów w czasie trwania choroby. I tego nie robię a oni tej części nie mogą egzekwować. Bo tylko ta mała cząsta jest wpłatą dobrowolną. Ja jej też nie płacę. I tak nie dostanę na zwolnieniu lekarskim żadnych świadczeń bo znajdzie się jakiś haczyk żeby odmówić. Ale to nic nie zmienia bo i tak, jak wielu innych, od lat w razie konieczności płacę za własne leczenie.
Myślicie, że płacąc jako samozatrudniający się składkę/podatek od naiwności do ZUS dostaniecie w razie choroby równowartość średnich miesięcznych dochodów? Oj naiwni. ZUS choć bierze max możliwe stawki płaci znikomą część utraconych dochodów wg swoich bardzo skomplikowanych wyliczanek.
Odmawiam w tym przypadku posłuszeństwa.
I marzę, że któregoś dnia wszysy samozatrudniający się postąpią podobnie do mnie. I to może potwierdzi wreszcie skalę naszych wspólnych wpłat, które system marnuje i sparaliżuje ten system gdy pieniądze te w porę nie wpłyną. Ileż egzekucji musiałby ZUS wszcząć, gdyby chciał od nas wszystkich ściągnąć pieniądze. Nie daliby rady. Wreszcie musiałoby się coś zmienić.
A na razie ja nie mam złudzeń:
-Jeśli sam nie odłożę na prywatnym funduszu emerytalnym to nie będę miał nic.
-Jeśli nie zapłacę za leki i lekarzy prywatnie to też nie będę miał nic.
-To co mi zabierają co miesiąc jest stracone na zawsze i nigdy nie będę z tego miał żadnego zwrotu.
Puki co za resztę komentarza niech robią piosenki z ruskiego filmu o bikiniarzach. Nie oglądałem go ale czytałem na blogu
Palp Fiksą.
Czuję się jak bikiniarz obywatelskim nieposłuszeństwem zaburzający czysty i szeroki nurt sytemu urawniłowki i ryćkania maluczkich.
Oddaję swoją legitymację Związku Ucisku Społecznego


Ja nie chcę szaro, w tych samych mundurkach i po równo.
Zrobię to co trzeba na swoim małym podwórku.

Ja lubię Ugi Bugi. Ty też lubisz Ugi Bugi? Tylko proszę już bez teorii i długich dyskusji bez konsekwencji. Tańcz bracie, tańcz siostrzyczko Ugi Bugi z Zusem ale nie koniecznie tak jak Ci grają z propagandowej tuby.

sobota, 21 listopada 2009

Multiplikacja

Oj dałbym się sklonować albo zsurogacić.
Jednak lepiej zsurogacić. To lepsza opcja.
Takie to kuszące, wyobrazić sobie, że można być w wielu miejscach, sytuacjach, zależnościach i to wszystko łączyć w jednym mózgu "jednostki bazowej".

Tak mieć z dziesięć surogatów, zapuszczonych wg systemu operacyjnego na bazie modelu pamięci, zachowań, myśli i reakcji jednostki bazowej. Puścić je w świat jednocześnie, być, doświadczać, widzieć. Współistnieć w wielu miejscach na raz!

Trochę jak Pan Kleks ze swoim okiem wysłanym na księżyc. On musiał czekać na powrót oka, żeby zobaczyć inne światy. Surogaci mogą być on line. Ponoć mózg ludzki jest wykorzystywany w max. 15% więc nie ma się co bać, że nie podoła zwielokrotnionemu strumieniowi jaźni.

Byle reakcje jednostek operacyjnych były adekwatne do sytuacji. Aby nie wyszło jak w kawale o gościu, który szukał żony, która byłaby damą w salonie, kucharką w kuchni i kurwą w sypialni. Znalazł, ale sukces był częściowy. Okazało się po ślubie, że ona jest damą w kuchni, kurwą w salonie i kuchtą w sypialni.
Cały efekt żależy od systemu operacyjnego
I koniec wymówek w stylu - "nie mam czasu".
_
Surogat to rzecz o charakterze zastępczym, używana jako namiastka, substytut innej rzeczy. Pojęcie to jest używane w odniesieniu do szerokiej gamy obiektów o charakterze materialnym (np. do produktów, substancji). Słowo surogat wywodzi się z łaciny (surrogare, subrogare – wybierać zastępczo kogoś innego).

Most wantowy


czwartek, 19 listopada 2009

środa, 18 listopada 2009

wtorek, 17 listopada 2009

poniedziałek, 16 listopada 2009

Blog Widget by LinkWithin