piątek, 31 października 2008

Kaskada Wielkiego Młyna


Wielki Młyn w Gdańsku to istniejąca budowla Starego Miasta. Doprowadzono do niego kanał Raduni i było to przemysłowe centrum starego Gdańska z młynami, kuźniami, foluszami i czym tam jeszcze. Wszystko z napędem wodnym. Jest też Mały Młyn położony poniżej. Przy Wielkim Młynie są kaskady.
Dopiero wstawiając ten post pomyślałem, że ten tytuł można też zrozumieć metaforycznie w kontekście jutrzejszego dnia - Kaskada Wielkiego Młyna.
Woda podobnie jak czas wydaje się płynąć w jednym kierunku. Ale nie do końca jest to prawda. Tu na wybrzeżu znamy zjawisko cofki. Gdy sztormy północne pchają fale prosto w ujście Wisły i wdmuchują wody z powrotem pod prąd, wody w ujściu i połączonych zbiornikach wodnych potrafią się cofać i podnieść swój poziom więcej niż się można spodziewać. Parę razy mieliśmy po pół metra wody w hangarze w klubie jachtowym a nad zwykłym lustrem wody jesteśmy dobry metr. Kiedyś to zjawisko odpowiedzialne było za powodzie na wybrzeżu. Potęgowane przez spływającą stale w dół Wisły i innnych rzek wodę. Stąd też na kanale Motławy doprowadzonym pod Długie Pobrzeże w Gdańsku są stare wrota przeciwpowodziowe.
Biorąc pod uwagę to zjawisko, można by teoretycznie wejść dwa razy do tej samej wody po jej cofnięciu. Ale nie pokona to zjawisko kaskady.
Kaskada Wielkiego Młyna jest przejściem tylko w jedną stronę.
_
Tym razem prezentacja jest do pobrania z internetu.
Mam nadzieję, że wtedy będziecie mogli wyświetlić ją na cały ekran i w lepszej jakości.
Ponieważ nie mam z tym doświadczenia i jest to absolutnie pierwsza próba tego typu, proszę o komenty u uwagami.
Do wyświetlenia lub pobrania Prezentacja

czwartek, 30 października 2008

Białe Damy

Rodzi się nowa tradycja.
Przyszedł czas zweryfikować legendy o białych damach straszących na zamkach i w pałacach. Nowa formuła już istnieje, zwłaszcza tam gdzie zamki i pałace zachowały swoją świetność.
Można by parafrazować piosenkę Macieja Zębatego - "A na zamku najspokojniej jest nad ranem" (nie będę pisał jakie słowo zamieniłem). Bezsporne jest, że największy ruch w interesie białych dam jest na zamkach w dzień, zwłaszcza świąteczny. Choć i nocami czasem, zwłaszcza pałace nie gwarantują widoków wolnych od powłóczystych białych szat.
Wrażenie takie powstało w mojej głowie w Lidzbarku Warmińskim gdy w sobotę robiliśmy zdjęcia. Przez 1 godzinę szukania ujęć na zamku, przewinęły się tam przynajmniej 3 białe damy. Każda z orszakiem, giermkiem przybocznym, fraucymerem i bandą rycerzy żądnych łupów. I nie piszę o łupach w przenośni ani o żądzy w kategoriach platonicznych. Robi się na zamkach ludycznie i turniejowo. I poza zamkami też. Czy to jeszcze wyjątkowe uroczystości czy już zarządzanie projektami z pełnymi planami marketingowymi? Komercjalizacja rytuałów.
Rodzi się nowa tradycja.

środa, 29 października 2008

Chryzantemy


Czy chryzantemy rzeczywiście zasługują tylko na to, żeby u nas były kojarzone wyłącznie z cmentarzem? Rozumiem, że jako odporne na warunki atmosferyczne z przełomu października i listopada są predysponowane, żeby stanowić świąteczną ozdobę grobów.
Ale dlaczego tak rzadko są kupowane do domu? Dlaczego nie kupujemy ich w prezencie? Siła stereotypu? Wg. mnie stereotyp jak najbardziej do przełamania przez ludzi z otwartymi umysłami, rozwiniętą estetyką, wrażliwością na kolory i piękno.
Takie piękne, żywe, długo kwitnące kwiaty o tylu odmianach i kolorach nie zasługują wyłącznie na to, żeby je przeznaczyć dla tych, którzy i tak nie widzą ich piękna. Wspaniale prezentują się w domu jako cięte w wazonach i w krzaczkach w doniczkach do postawienia na jesiennym parapecie okna.
A w ogrodach? Jesienią prezentują się doskonale. Jeśli jeszcze wokoło rosną troszkę zapomniane w ostatnich latach astry, to mamy na wyciągnięcie ręki w pigułce antydepresanty i antidotum na jesienną chandrę, która tak wielu a tak bez wyraźnej przyczyny dopada.
Piję dzisiaj kawę i patrzą na krzak chryzantem w donicy stojący pośrodku stołu.
Jaką wymowę powinno mieć dla nas nadchodzące święto wszystkich świętych? Jednym z aspektów jest przypomnienie, że my żyjemy i to w pięknym otoczeniu kwiatów.
Znowu w tym roku będę się zachwycał wieczornym widokiem świateł świec na stokach porośniętego lasem cmentarza na Srebrzysku w Gdańsku. I delikatnie tymi światłami podświetlonych kwiatów.

wtorek, 28 października 2008

Obiekt




Jadąc we wrześniu do Lidzbarka Warmińskiego trasą 509 Elbląg-Młynary, zauważyłem kątem oka w którejś z mijanych wsi obiekt dość niezwykły. Zastanawiałem się, co to może być i postanowiłem wracać tą samą trasą i zatrzymać się przy nim. Stawiałem na to, że był to mały zajazd, kuźnia lub warsztat kołodzieja. Trafiłem. Kiedyś była to kuźnia choć nieformalnie zmieniono zakres użytkowania i służy za lokalną pijalnię i klub. Niby pod chmurką ale jednak z osłoną. Taka inna forma przystanku.
Chłopcy, którzy tam urzędowali nie pozwolili się sfotografować z bliska ale chętnie porozmawiali. We wsi był pałac, nawet długo w dobrym stanie ale..."spalił się". Jest jeszcze resztka po parku pałacowym. To co się dało miejscowa ludność..."zabezpieczyła" na złom lub do pieca.
Jak tylko się zatrzymaliśmy, ruszył do nas z daleka jakiś typ, obszarpany i bardzo hm...nieświeży. Chłopcy z pijalni zdążyli nam powiedzieć zanim do nas doszedł, że każdego kto się zatrzyma nagabuje, niby chce opowiadać o wsi i obiektach ale głównie chce wyciągnąć na przelew. Powiedzieli nam, żeby go spytać gdzie zabezpieczył kute wskazówki z pałacowego zegara wieżowego. Ciekawe, która huta wzbogaciła nimi surówkę.
Kuźnia jeszcze stoi ale sami widzicie w jakim stanie. Własność prywatna. Podobno jakaś fundacja ma też odbudowywać pałac. Oby. I oby znowu nie "spaliło się".
Taka Polska - samo się grzmi, samo błyska.
A patrząc jak została zbudowana kuźnia, z jaką dbałością o detal architektoniczny, można tylko przypuszczać jak bogaty i starannie zbudowany, jak sprawnie musiał funkcjonować kiedyś ten majątek. A materiały - cegła i drewno. Kolumnada wykonana z drewna!
Porównując z degradacją ludzi, którzy teraz tam żyją można tylko westchnąć albo zakląć, zależy jaki kto ma temperament.
I znowu muszę powtórzyć za Laskowikiem, choć nie kawioru rzecz dotyczy - Komu to przeszkadzało?
Od siebie dodam - W czym?

poniedziałek, 27 października 2008

Kawa prawie Latte ;)



Na taką pogodę nie ma to jak kawa.
Tyle, że do kawiarni trzeba się doczłapać w deszczu. :(
W domu też można sobie poradzić:
- bez ekspresu ciśnieniowego,
- bez pary do parowania mleka.
Da się, choć trzeba trochę potrenować.
Kawę zaparzyć w kafeterze to nie jest wielka filozofia. Trudniej ze sparowaniem mleka. Na czym to polega? Wydawało mi się kiedyś, że na napowietrzeniu mleka. Figa z makiem, nic bardziej błędnego. Zostałem w tym względzie douczony a w dzbanku do spieniania sam wytrenowałem odpowiednie ruchy.
Parowanie ma za zadanie skremowanie mleka i wydobycie z niego naturalnej słodyczy a nie zrobienie z niego niemal bitej piany. Mieszadełka do koktajli do wyrzucenia.
Mleko lepiej się kremuje jeśli jest wcześniej schłodzone no i oczywiście żadnych nisko tłuszczowych wynalazków.
Para z ekspresu wg. mnie to nie jest konieczny warunek. Czymże jest para w ekspresie? Tylko nośnikiem temperatury, którą możemy w ten sposób wprowadzić do całej objętości mleka równomiernie. Temperatura ok 65 st.C. Barysta czuje to ręką, którą trzyma dzbanek przy spienianiu parą.
Dzbanek jaki mam i można takie kupić w sklepach działa podobnie tylko trzeba się do tego przyłożyć. Wyposażony w sitko do mieszania. Podgrzewam szybko, temperaturę biorę na czuja, mieszam sitkiem praktycznie bez wynurzania nad powierzchnię mleka szybkimi, energicznymi ruchami. Jak przypuszczam pomaga to rozprowadzać intensywnie i równomiernie ciepło w mleku jednocześnie leciutko je spieniając/kremując. Ot cały sekret. Wszystko na czuja i tyle.
I mam wtedy super czuja pijąc taką kawkę.
Wam też tego życzę przy tej pogodzie.
Aha i nie paskudźcie jej posypując kakao, cynamonem czy innym wynalazkiem. Lepiej kupić naprawdę dobrą kawę niż zabijać jej smak wynalazkami.
I nie dajcie się zwariować bieganinie z kwiatami i zniczami.

sobota, 25 października 2008

Kruchość życia

Tym razem wyjątkowo fotografii nie będzie. Nie mam takiej, która pasuje do tego co chcę opisać i właściwie nie wiem jaka mogłoby pasować.
Myślę o tym zdarzeniu znowu po bardzo wielu latach (ponad ćwierć wieku) pod wpływem lektury blogów Morphiusza i Abnegata. To co piszą i jak bez sensacji pokazują świat ludzi chorych i o swoich medycznych doświadczeniach, mówi wiele o ich człowieczeństwie. I też o nas samych, ludziach.
Opiszę jedno z mocniejszych wydarzeń w moim życiu, które znacząco wpłynęło na moje postrzeganie ludzi, ich kondycji, tego co robią. Nauczyłem się patrzeć nie wyłącznie na to co ludzie mówią, jak się zachowują tylko zastanawiać się nad prawdziwą treścią przekazu, nad intencjami i pobudkami. Jak bardzo można prezentować inny przekaz a myśleć i czuć co innego. To zdarzenie choć tragiczne, zmieniło mnie na lepsze i na zawsze. I nie dla sensacji będę tu o tym pisał, tylko może też skorzystacie z tego, żeby na ludzi spojrzeć pełniej.
Był epizod w moim życiu pracy w szpitalu psychiatrycznym. Zwykły salowy. Między jednymi przerwanymi studiami a drugimi. Tyle tytułem wstępu.
Pacjentka, którą do nas przywieźli była młoda (ok 28 lat) , bardzo ładna, zadbana. Miała synka 7 letniego, mieszkała z rodzicami. Jej mąż wyjechał do pracy za granicę i zaginął. Od tego momentu zaczęły się jej problemy, aż w końcu wymagała hospitalizacji.
Wydawało się, że sprawy idą w dobrą stronę. Dobrze reagowała na kurację, wracała do równowagi. Przeniesiono ją na część oddziału dla pacjentów w dobrym stanie, gdzie sale są małe, gdzie pacjenci mają własne ubrania, wychodzą na spacery. Właściwie szykowano już ją do wypisu i tego dnia gdy popełniła na oddziale samobójstwo, rodzice mieli przyjechać po nią. Tak doskonale dysymulowała objawy, że wszystkich oszukała, wraz z lekarzem prowadzącym. Nikt nie domyślił się co w niej się dzieje. Po czasie wiem, że szukała okazji i zaplanowała to z precyzją i co do minuty.
Jest moment w życiu oddziału psychiatrycznego, kiedy wszyscy z personelu są zajęci przez 10-15 minut. Przed obiadem. Jedna pielęgniarka w zabiegowym wydaje leki wzywanym pacjentom, Reszta rozkłada przywiezione ze szpitalnej kuchni jedzenie na talerze, żeby nie wystygło. Część fenaktilowa pod nadzorem jednej pielęgniarki.
Pielęgniarka wydająca leki zrobiła alarm, jedna pacjentka nie zgłosiła się. Rozbiegliśmy się wszyscy po oddziale w poszukiwaniach. Nie było jej nigdzie.
Na Srebrzysku na przeciwko drzwi wejściowych na oddziałach jest łazienka tzw. przyjęciowa. Zawsze zamknięta. Tylko dla przyjmowanych pacjentów, duża, wygodna z wanną na środku i oknem. Między wanną a oknem umywalka z lustrem. Przywożeni pacjenci często są bardzo zaniedbani, w złym stanie higienicznym. Tam się o nich najpierw zadba, zanim trafiają na odział.
Nigdy nie doszliśmy, kto tego dnia nie zamknął drzwi do tej łazienki a nasza pacjentka wykorzystała ją gdy wszyscy byliśmy zajęci.
Krzyku narobiła pielęgniarka, chyba najgorsza na oddziale. Spanikowała, stała w drzwiach do łazienki i darła się wniebogłosy. Durna. Tak nie wolno na psychiatrycznym oddziale. Pacjentów bardzo łatwo wytrącić z równowagi i znowu wpędzić w problemy takim durnym zachowaniem. Byłem przez przypadek najbliżej, wbiegłem do łazienki, za mną zaraz oddziałowa.
Wyglądało to od strony drzwi bardzo niewinnie. Pacjentka wyglądała jakby plecami do drzwi przysiadła sobie na krawędzi wanny wyglądając przez okno. Siedziała wyprostowana.
Rzeczywiście przysiadła na wannie, ale pasek zadzierzgnięty na szyi zaczepiła o haczyk lustra. Zadusiła się w kilka minut.
Złapałem ją na ręce, podniosłem do góry, oddziałowa odczepiła i poluzowała pasek. Ruszyliśmy biegiem do zabiegowego, lekarze biegli z nami. Reanimacja nic już nie dała. Dziewczyna nie żyła. A w poczekalni byli już rodzice, którzy przyszli ją odebrać wierząc, że jest z nią dobrze.
Gdy łapałem ją na ręce w łazience, jej twarz miałem tuż przy mojej, z lewej strony. Jej głowa bezwładnie zatoczyła się na mnie. Twarz była sino-zielona, napuchnięta, wargi zbielałe, zęby na wierzchu.
Nie byłem przerażony, nie jestem lękliwy, nie męczył mnie ten widok później w snach. Byłem ratownikiem wodnym, teoretycznie miałem przygotowanie. Ale wierzcie mi, potrafię przywołać w pamięci tą twarz jeśli chwilę o tym pomyślę. Do dziś pamiętam imię i nazwisko tej kobiety. Ja, który nie pamiętam zwykle nazw, imion, numerów. To jedno wryło mi się na zawsze. Miałem wtedy 21 lat.
Jak kruche jest nasze życie i przez to jak jeszcze cenniejsze, to pierwsza moja lekcja jaką odebrałem tamtego dnia. Jak trudno jest oceniać innych ludzi właściwie po tym co mówią i pokazują, to druga lekcja. Jak jakość naszego życia jest pojęciem względnym i nie zależy od stanu posiadania, pozycji czy wykształcenia, to trzecia. Jak wiele akceptacji trzeba mieć dla ludzi, zwłaszcza tych najbliższych, zamiast stawiać im wymagania na naszą miarę i gniewać się, że ich nie spełniają, to czwarta lekcja i nie ostatnia.
Właściwie do dziś dnia rodzą się w mojej głowie nowe wnioski płynące z tamtego zdarzenia. Dlatego tak często o nim sobie przypominam. Dlatego też postanowiłem Wam o tym opowiedzieć.
Weźcie dla siebie z tego to co dla Was najcenniejsze.
Cieszmy się życiem.
Jak napisał gdzieś wcześniej u mnie w komentach Abnegat - "Na umieranie szkoda życia!".
To i tak nas czeka. Miejmy frajdę z życia sami i z innymi ludźmi.

czwartek, 23 października 2008

Marynarskie tango

Mogę zacząć prawie jak w piosence - "gdy byłem chłopcem chciałem być...żeglarzem".
Półki w domu zastawione serią książek marynistycznych, które zaczytywaliśmy do cna razem z bratem i tatą. Rzeczywistość troszkę to naprostowała i długo byłem zdeterminowany, żeby zostać "oficerem marynarki handlowej". Tak zdeterminowany, że nawet poszedłem do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Rozumiecie takie czasy. Polska szara, na głucho zatrzaśnięta i w czerwieni sztandarów a tu świat czeka, przestrzeń, morza i porty wszystkich lądów.
No i szkoła to był pierwszy szok. W czasach ponadklasowej jedynie słusznej Idei szkoła ta wyróżniała się wyjątkową prawomyślnością. Dziwne, że budynek nie ociekał czerwienią. Ohyda. Trudne środowisko. Studenci w porzo. No to od czego zaczyna przyszły oficer marynarki handlowej? Maaarynarskie tannngo! Tak więc dzięki czerwieni systemu i nadczynności gruczołów na II roku pożegnałem to miejsce równie gwałtownie co bez żalu.
W szkole były statki szkolne. Przerobione z lugotrawlerów. W latach chyba 55, 56 były w Polsce tragedie morskie. Lugotrawlery Cyranka,
Czubatka , źle skonstruowane, źle dobalastowane, z nadmiernie wzniesionymi nadbudówkami, po prostu w silnych sztormach przewróciły się do góry dnami. Podobno statki ratunkowe do nich doszły i były bezradne, a przez kadłuby powoli tonących statków słychać było łoskot uwięzionych marynarzy walących w dno od wewnątrz czym się dało. Teraz przypominają o nich jedynie groby w alei zasłużonych gdańskiego cmentarza na Srebrzysku.
Gdyńska szkoła z tych wycofanych lugotrawlerów, po przebudowie i dobalastowaniu dostała 2 (szczecińska też 1 czy 2). Gdyńskie nazywały się Zenit i Horyzont. Nie było studenta szkoły, który nie przeszedłby przez ich pokłady w 2 tygodniowym rejsie kandydackim. Rejs kandydacki statki spędzały ...w porcie a studenci kandydaci je pucowali i malowali.
Ale za to jak poszliśmy na 1 dzień do Ustki! Łajba raptem 30 metrów z okładem, największa w porcie w Ustce! A tu środek sezonu turystycznego. Sensacja!
Taki wielki statek łaaaa, jutro będzie można zwiedzać łaaa, i takie młode na nim chłopaki ooooh! I te młode opalone wczasowiczki rozmarzonym wzrokiem wpatrzone w matrosów. Oj czuć było testosteron choć kapitan mówił, że to z portu rybackiego tak zalatuje.
Ludzi tyle w ciągu następnego dnia się nawaliło, że w pewnym momencie jak większość przeszła na jedną burtę, to statek się lekko przechylił, trap wyjechał parę metrów w głąb kei, a kapitan wybiegł z kabiny z krzykiem, że następna Czubatka się przewróci w takim sztormie i nawałnicy.
Furorę robił Mareczek. Ten miał gadane. Oprowadzał grupy po statku i lista odwiedzanych przez nas portów rosła z każdą kolejną grupą. Nawet Waterloo, choć to kawałek od wybrzeża włączył do listy bo dobrze mu brzmiało a turyści spijali każde słowo z jego krasomówczych warg jak prawdy objawione.
Turystki po zejściu ze statku ponownie ustawiały się w kolejkę.
I po takim dniu nie pozwolono nikomu z nas zejść na stały ląd nocą. Studenci zostali na statku.
Za to cała załoga od kapitana w dół, całą noc z turystkami z Garwolina tańczyła marynarskie tango.
Rano ponownie wyszliśmy w morze. Te statki po przebudowie i dodatkowym fest dociążeniu na dnie dla bezpieczeństwa, dostały od studentów wdzięczne miano - żygaczy. Poddawały się na fali leciutko, pochylały łagodnie ale daleko. I wtedy tony stali pod pokładem podrywały gwałtownie statek do pionu a nasze trzewia zostawały za nami kilka metrów z tyłu jeszcze w przechyle. Te statki słynęły z tego. Łamały najwytrwalszych.
Nikt z nas tego poranka nie wiedział, czy kapitan i załoga źle znosili ciężką pracę naszego żygacza na niewielkiej ale krótkiej i szarpiącej bałtyckiej fali czy może jeszcze tańczyli marynarskie tango? Teoretycznie mieli czas się już przyzwyczaić do obu zjawisk ale widocznie potrzebny był im jeszcze trening.
_
Z takich morskich opowieści biorą sią te najlepsze marynaskie pieśni. Tylko dla przyzwoitości niecenzuralne słowa zastąpiłem przez "la" i śpiewa się to na dowolną melodię "szantową":
la-la-la-la-la-la-la-la - marynarze,
la-la-la-la-la-la-la-la - marynarze,
_

środa, 22 października 2008

Wal wiślany


Stał na dziobie łodzi, niewysoki, w sztormiaku, nieruchomy, pewnie zapierając się nogami o konstrukcję kosza dziobowego. Pogoda była kiepska. Zacinający zimny deszcz jeszcze bardziej utrudniał obserwowanie lekko zamglonej powierzchni wody. Wiatr niosący pył wodny dodatkowo wychładzał zgrabiałe dłonie, w których trzymał lunetę. Trwało to już długo. Na tyle długo, że czuł jak deszcz i wiatr przenikają go na wskroś. Nie opuszczała go jednak nadzieja. Naczytał się dosyć starych opowieści z mórz południowych, tam daleko w dole globu.
Nagle go ujrzał. Zanim jeszcze to pojął jego otwarte usta opuścił krzyk - "Dmucha, dmucha!" Stało się tak jak w starych opowieściach wielorybniczych. Zobaczył go i teraz zacznie się święto dla niego, piekło dla nadpływającego wala wiślanego.
Trochę tylko zaniepokojony dziwnym kolorem, który zauważył w wizjerze lunety, nerwowo macał wokoło siebie w poszukiwaniu prowizorycznego harpuna zmajstrowanego w przystani z bosaka i kilkunastu metrów linki cumowniczej.
Stary człowiek za sterem zwiększył obroty silnika, nakierował łódź we wskazaną stronę.
Szybko, szybciej zanim się zanurzy!
Harpunnik na dziobie oczyma wyobraźni widział już jak to się odbędzie. Podpłyną najbliżej jak to możliwe i wtedy rzuci harpun. Wal pod wpływem bólu zacznie uciekać. Łódź ruszy za nim na napiętej linie uwiązanej do haka głęboko tkwiącego w cielsku. Zrobi się gorąco gdy z całej siły trzymać będzie napiętą linę a pot wywołany wysiłkiem będzie płyną mu po szyi, piersi, brzuchu i dalej. Męska przygoda. Sens życia harpunnika.
Kiedy byli już niemal na rzut harpunem a mały człowiek na dziobie napiął całe ciało biorąc zamach...nagle przy walu ukazała się dłoń z papierosem i przez ryk silnika dopłynęło do ich uszu chrapliwie wypowiedziane uprzejme pytanie - "Czego tu!?"
Takiego rozczarowania nie zniósłby żaden harpunnik. Mały człowiek zaniósł się płaczem a dziadek za sterem tylko się lekko uśmiechnął myśląc "szkoła życia wnusiu". A malec myślał tylko co jutro opowie babci jak przyjdzie na jego urodzinową uroczystość. Miał jej opowiedzieć coś niezwykłego. Obiecał. Co teraz?
Nagle przypomniał sobie opowiadanie o albatrosach tych morskich wędrowcach, które tygodniami nie oglądają stałego lądu. Wycierając łzy zaczął obserwować mewy.
Odprowadzał ich zły wzrok wędkarza, któremu przepłoszyli ryby. Ach te durne dzieciaki i ich zafajdani dziadkowie. Poprawił sobie humor szybkim łykiem z piersiówki i wrócił do obserwowania spławików.
Malec już o nim nie pamiętał. Miał nową opowieść dla babci.


Suplement wg. sugestii Abnegata.
A dziadek lekko uśmiechał się do swoich myśli. - "A niechby ten smyk rzucił i trafił. Dzielny jest. Moja krew! A to by się babcia zdziwiła zdobyczą!"



wtorek, 21 października 2008

Mewy?



Pozazdrościłem troszkę tematu Plamce Mazurka i też skierowałem obiektyw na ptaki.
Te zwykłe, które prawie zawsze są tam gdzie są jachty.
Ale mój sprzęt tylko w niewielkim stopniu nadaje się do takiej fotografii. Do tego spieprzaliśmy z wody ostatniej niedzieli, żeby schować się przed deszczem i jeszcze zachlapało mi obiektyw.
Coś jednak się udało "ustrzelić".
Spodobało mi się pierwsze ujęcie bo przypomniało mi te wszystkie rysunki dzieci, na których właśnie tak przedstawia się ptaki w locie. I niemal wyłącznie tak! Tylko jak często, naprawdę widzimy ptaki w ten sposób?
Na drugim ujęciu jest ten sam ptak a za nim kolejne plany to most linowy do Portu Północnego i dalej perspektywa starego Gdańska z charakterystyczną wieżą kościoła Mariackiego.
Na trzecim ujęciu, na tle lin tego samego mostu jakieś wielkie ptaszysko:)).
Na ptaki tak wyglądające wszyscy mówomy mewy ale jak naprawdę się nazywają, mało kto wie. Aż wstyd bo zawsze są blisko wody a więc i nas czyli gdańszczan.
Krogulec pewnie odpowiedziałby od ręki. Dla mnie to mewy tak samo jak my korzystające z wody i wiatru. Powietrzni żeglarze.

poniedziałek, 20 października 2008

Miotamy się.

Oj dostaliśmy wczoraj w palnik.
Trzech panów w łódce nie licząc psa. Pies na szczęście został w samochodzie. Miał sucho i ciepło. Próba
(tu) tatinkowego silnika na jachcie, odsłona druga. Tato, Maciek i ja.
Jak wcześniej pisałem próbujemy z tatą jego stary-nowy silnik do łódki. Miała być druga młodość ale nie wszystkie dolegliwości wieku dojrzałego udało się wcześniej zdiagnozować i wyleczyć. Potrzebne próby, wtedy wszystko wychodzi w praniu.
Początek był fajny. Pogoda zapowiadała się dobrze, założyłem okulary. Słońce przetykane chmurami, dość silny wiatr, raczej chłodno ale bez przesady. Nic wielkiego dla zahartowanych wodniaków.
Silnik zadziałał gładziutko i wyszliśmy na wodę.
Plan zakładał kilkugodzinne pływanie pod stałym obciążeniem, żeby wylazły niedociągnięcia.
No i wylazło. Na całe niebo wylazło, zakryło słońce i chlusnęło deszczem.
Jasna dupa. Płynęliśmy w stronę stoczni i starego Gdańska. Ładny kawałek był już za nami. Deszcz na wodzie to nic niezwykłego. Nieraz człowiek przemókł do suchej nitki. Ale nie w październiku, choć byliśmy przygotowani a owiewka osłaniała. Tylko sternik w sumie łapał się na wszystkie atrakcje. Zmienialiśmy się przy sterze. Płynęliśmy z powrotem do przystani. Ale to trwa jak się ma parę kilometrów do przepłynięcia.
Użyliśmy jak psy w studni. Przygoda na 3 godziny.
A pogoda jak już dopłynęliśmy do przystani wróciła do stanu poprzedniego. Deszcz ustał, deszczowe chmury przegonił wiatr i zaświeciło słońce. Tylko my przebieraliśmy się w suche ubrania. Reszta dnia była w miarę pogodna.
Widać po moich okularach przeciwsłonecznych, że najpierw było słońce. Później nie warto było ich zdejmować. Przynajmniej zacinający deszcz nie padał w oczy. W odbiciach widać po lewej tatinka a po prawej Maćka jak się chowają w zejściówce pod owiewką.

sobota, 18 października 2008

Zapiekanki czerwona i zielona

Tercet kulinarny, odsłona trzecia i ostatnia.
Zdjęć potrawy nie będzie, bo w żadnej książce ich nie znalazłem. To pomysł Grega, znam skubańca dobrze, zawsze coś dziwnego nawymyśla. Miał jazdę na kolory i wymyślił takie cudactwa.
Najpierw należy się ostrzeżenie. Zapiekanki są kaloryczne, ciężkostrawne i tuczące, należy więc razem z nimi stosować środki powszechne w użyciu a poprawiające proces trawienia.
Greg jest najczęściej mięsożerny i jego podstawowym narzędziem w kuchni jest patelnia. Obraził się prawie na mnie jak chciałem zrobić zapiekanki bez mięsa. Ale na Was Konfliktowicze pewnie się nie obrazi.
Ilości składników nie podaję, bo to potrawa o dużym stopniu dowolności i zależy jak bardzo się rozkręcicie, wyjdzie porcja dla dwóch osób...lub dla pułku wojska. Dzięki tej dowolności jej smak...hmm delikatnie ewoluuje.
Każdy składnik kolejno lub grupami będzie obsmażany na patelni lub blanszowany, ale wiem, że Greg nie pęka i wszystko robi na patelni. Widziałem, sam mi pokazywał.
Baza: pierś kurczaka lub indyka, pokroić w kostkę, posolić, oprószyć ziołami, obsmażyć na patelni, zdjąć z niej.
Teraz kolory. Idziemy do sklepu i bierzemy do koszyka w zależności od barwy zapiekanki...pesto genovese zielone lub czerwone. Dalej wszystko per analogum.
Dział serów: żółty jasny albo ten niemal pomarańczowy. Niewiele Lazura też wg. koloru.
Warzywa, tu zaczyna się prawdziwa przygoda:
Zielone - cebulka, zielona papryka, szczypior, cukinia, seler naciowy, brokuły, zielona szparagowa nawet bób, pietruszka (nać) i co jeszcze w oko wam wpadnie. Oliwki.
Zgadnijcie wg. jakiego klucza wybieramy?
Czerwone - cebulka czerwona, papryka czerwona, marchewka (mogą być mrożone te malutkie w całości), czerwona szparagowa, suszone pomidory (mogą być w słoiku lub na wagę te w oliwce), oliwki, i też co jeszcze wpadnie w oko.
Kilka jajek, mleko. Jak ktoś się upiera można dodać odrobinę boczku, staropolskiej długo dojrzewającej kiełbaski lub pikantnej chorizo ale wg. Grega tylko do czerwonej wersji. I naprawdę mało, żeby nie zdominować smaku.
Na boga nie kupujcie wszystkiego, kto to zje? Wybierzcie kilka składników i stop. Na jeden raz wystarczy. Następnym razem będzie troszkę inaczej.
Tu jest moment najważniejszy i nie da się go precyzyjnie opisać. Od tego, które składniki wybierzecie i ile ich dacie zależeć będzie smak. Wg mnie nie wolno dopuścić, żeby któryś smak zdominował inne. Tak, że proszę z rozwagą i rozumnie.
Do przyprawiania, czosneczek, sól, pieprz, oliwka, ocet balsamiczny lub sos sojowy, mogą być grzybki suszone ale znowu tylko do czerwonej albo trochę mięty lub sosu miętowego ale za to do zielonej. Nie przesadzałbym z ilością składników w jednym zestawie. Wg mnie może być jeszcze bazylia i oregano a świeżymi ziołami można też lekko przyprószyć przed podaniem.
Teraz kolejno, mycie, cięcie podsmażanie. Odpuściłbym odsmażanie brokułom. Można je delikatnie zblanszować ale i tak będą na tyle długo w piekarniku a zapiekanka jest dość wilgotna. Nic bym z nimi nie robił poza podzieleniem. To samo fasolka szparagowa. Seler naciowy bym obsmażył leciutko ale uwaga na jego wyraźny smak, żeby nie zdominował. Czosnek w cieniutkie plasterki podsmażony, razem z pociętymi suszonymi pomidorami i pociętymi czarnymi oliwkami, lub do zielonej tylko z zielonymi oliwkami. Inne przyprawy dodać do tego i połączyć ze składnikami potrawy. Jak ktoś oliwek nie lubi niech nie zawraca sobie nimi głowy.
Kurcze to się robi długie pisanie.
Mięso i wszystkie przygotowane składniki mieszamy razem i z odpowiednim pesto. Doprawiamy jeśli czegoś nam w smaku brakuje.
Jajka mieszamy z niewielką ilością mleka, do zielonej dodajemy drobno siekany szczypiorek.
Wykładamy luźno do kamionki lub na blachę. Zalewamy jajkami z mlekiem.
Ser żółty wg. koloru ucieramy i posypujemy obficie całą powierzchnię. Lazur kruszymy w dłoniach i posypujemy miejscami na samej górze. Da rozlane plamy intensywnego koloru, zapachu i smaku. Na zieloną możemy wcisnąć lekko w ser niewiele kaparów. W czerwoną to samo ale z malutkimi pomidorkami koktajlowymi.
Pisanie dłużej trwa niż robienie tego.
Teraz już tylko do nagrzanego dobrze piekarnika i można zająć się winem i gośćmi. Greg lubi ser mocno spieczony i jak zapiekanka nie podcieka wyraźnie, dlatego trzyma w piecu dość długo i spieka ser grillem na koniec. Trzeba na oko ocenić kiedy wyjąć, ale jeśli się ją za długo przetrzyma to dobrze to toleruje. Od tego też zalezy konsystencja niektórych składników. Trzeba się dobrze zaopatrzyć, bo wina zabraknie, zanim wyjmiecie to z pieca.
Stół przygotujcie pod kolor. Do zieleni pasuje żółć do czerwieni...mrok i światło świec.
Nie zawracajcie sobie głowy deserem, bo i tak nikt nie będzie miał miejsca.
Raczej płyny wytrawne, cięższe w smaku, coś z Shiraz lub Zinfendela, na koniec kawa.
Muza raczej relaksująca, proponuję
to (byli gośćmi FETY 2007 w Gdańsku, próbka - mam płytę).
Greg mówił tak lekko o tym przepisie, że myślałem, że zmieści się w paru linijkach. A tu cała epistoła wyszła i to bez konkretów. Podróżnika kulinarnego zepchnął tylko na manowce trudnych własnych wyborów, a co gorsza także odpowiedzialności za końcowy efekt.
Ale za to gwarantował, że za każdym razem wyjdzie coś innego. Oby pięknego.
Ja bym mu nie wierzył, to przewrotny typ. Ale cholera sam widziałem jak to robił i co więcej, jadłem to.
Pamiętajcie, że tu chodzi o kolory!!!

piątek, 17 października 2008

French excitement


Jako robot spamujący mogę sobie pozwolić na treści kontrowersyjne i prowokujące.
A że powody do złości od wczoraj mam, nie będą się ograniczał.
Pozostanę w tematyce kulinarnej (sorry Maria na zapiekanki jeszcze chwilę zaczekasz).
Abnegat tu zadał parę pytań o efekt skali, i nasze reakcje z nim związane.
Na patelni, do tego z bliska obejrzane, wykrzywią nas przez swoje podobieństwo i powiązane skojarzenia. A ile ich się tak kosi na francuskie stoły i nikogo to nie rusza.
Robiłem kilka razy, zjadłem, owszem dobre ale bez przesady, nie ma się czym podniecać. Znam inne potrawy, smaczniejsze i bez takich przykrych skojarzeń. Nawet jeśli nie będziemy gapić się w patelnię to niosąc do ust zobaczymy te uda z bliska! Biedne żaby.

Post kulinarny na zamówienie

Goście nie zainteresowani tematem - proszę o wybaczenie. Temat został zamówiony i nie mam wyjścia.
To jest ta sałatka z awokado, o której rozmawialiśmy mili konfliktowicze. Zdjęcie niestety tylko obrazka z książki, bo jakoś nigdy nie zrobiłem własnego. Ale przecież chcecie ją zrobić to ja chciałbym zobaczyć zdjęcia tego co wyprodukujecie.
Mam tylko prośbę. Robiąc pierwszy raz tą sałatkę, róbcie ją w wersji klasycznej i prostej. Ja jak zwykle lubię pokombinować ale nie zawsze efekt jest OK. Tą sałatkę albo się polubi i wtedy można zacząć kombinować delikatnie albo nie chce się o niej słyszeć.
Tak więc na początek proponuję zestaw składników: awokado, pomarańcz (nie grapefruit czy pomello - na to przyjdzie pora jak przyjdzie ochota po pierwszej degustacji), czerwona cebulka, oliwki, bazylia, vinegrette. Vinegrette też zróbcie prościutkie, żeby nie zepsuło smaku. Nadmiar ziół też ją może spieprzyć.
Niech awokado będzie dojrzałe, pomarańcz soczysta, cebulka bardzo cienko pokrojona w półksiężyce, oliwki wytrawne, na wierzch tylko paseczki świeżej bazylii. vinegrette - wg książki: oliwka, ocet biały winny lub z sherry, pieprz, sól i odrobina musztardy. Ja robiłem baza: oliwka, ocet balsamiczny, szczypta soli i troszkę brązowego cukru. Musztardy nie próbowałem.
Jak wam zasmakuje, można kombinować: inne vinegrette, inny owoc, inne zioła (z tym ostrożnie).
Nie róbcie za wcześnie bo awokado ściemnieje. Polać krótko przed podaniem.
Piszcie czy wam smakowało.
Aha to jest kuchnia hiszpańska to otwórzcie butelkę Rioja i puśćcie np to. Choć to argentyńskie, to smętne flamenco nie pasuje do tej wyraźnej w smaku sałatki. No chyba, że to będzie to.

Jestem robotem spamującym?!

Wczoraj w trakcie pisania komentów na blogu Konfliktowej, w samym środku gorącej dyskusji, serwer Gazety Wyborczej zablokował dostęp z IP mojego komputera. Za szybko, za dużo dla niego było mojego pisania.
Zostałem ja wkurwiony na maksa, i ludzie po drugiej stronie, którzy nie mieli bladego pojęcia dlaczego nagle zamilkłem, a ja nie miałem żadnego sposobu, żeby przekazać im info co się stało.
Dobrze, że mam bloga na blogspocie, i Abnegat ma tutaj i parę innych osób.
Zakładajcie ludzie blogi na Gazecie Wyborczej. Nie będę wtedy u Was spamował. Z automatu!

czwartek, 16 października 2008

Anonim

Uprzejmie donoszę, ja ich widziałem.
Ta brygada kryzys szła już w zeszłym roku (17.04.07 godz. 18.17), główną ulicą Barcelony, La Rambla, w dół w stronę portu! Tam w porcie jest niby eksponat, drewniana łódź podwodna z XIXw. Na pewno one tym cholerstwem przypłynęły.
Te amerykany ich nam podrzucają brygadami jak kiedyś stonkę na pola tonami. Zazdrosne są o wszystko. O historię, zabytki, różnorodność kulturalną i to co jemy. A one by chciały, żebyśmy tylko hamburgery jedli i colą popijali. Red necki jedne! Albo jak na dzikim zachodzie tylko fasolka i fasolka! Pick upami już drogi nam rozjeżdżają, paliwo spalają. Teraz kolejny produkt eksportowy - kryzys.
Jaki durny byłem, trzeba było anonim pisać od razu a nie czekać. Może byście ich wyłapali i odesłali do ameryki, niech tam kryzys powiększają.
A one, te amerykany, te brygady kryzys to cwane są. Napiszą wszystko tak jak jest, nawet sobie na plecach, czapki błaznów ubiorą i ludzie myślą, że to żarty.
Mohera jak trzeba by założył jeden z drugim a on w czapce błazna po mieście gania. Wstyd i obraza...!
Rok z okładem minął i już wszędzie kryzys! Ktoś ich dobrze wyszkolił!
Łapcie ich, kurtynę znowu zamknijcie.
Uprzejmie donoszę, życzliwy.

środa, 15 października 2008

Dziadek i wnuk


Ostatniej niedzieli gdy próbowaliśmy z tatą nowy-stary silnik, przyjechał na chwilę Maciek. Mój jedyny syn. Wiele ma wspólnego z dziadkami i wiele się od nich nauczył.
Kiedy się urodził i podrósł na tyle, żeby wsiadać na łódkę, pływaliśmy już na naszym 2 jachcie (oczywiście taty produkcji). Większy, pojemny zapewniał formę pływającego domku kempingowego. Rodzice pływali na wakacje co roku z Gdańska, kanałem Ostródzko-Elbląskim na Jeziorak. Tam spędzali wakacje. Maciek co roku pływał z nimi. Kilkanaście lat pływania i czasu spędzanego wyłącznie z dziadkami. Jagody, grzyby, żagle, spacery, rozmowy. Po urlopie rodziców na łódkę wsiadał mój brat z rodziną albo my. I Maciek znowu żeglował. Łódka wracała do Gdańska dopiero pod koniec sierpnia . Ten chłopak więcej się napływał niż my wszyscy. Dorastał z dziadkami na łódce.
Jak się teraz zastanawiam, to ja z dziadków miałem tylko babcię Zosię ze strony mojej mamy. I dość krótko jej rodziców, moich pradziadków Jana i Adelę. W tym sensie wojna odcisnęła swoje piętno aż do lat 80-tych. Wielu moich rówieśników miało podobnie.
W sumie dopiero mój Maciek załapał się po mieczu na pełną trój pokoleniową rodzinę. Swoją prababcię Zosię też zdążył poznać i pamięta. Jak wielkie znaczenie dla rozwoju dzieci mają ich dziadkowie? I nie o podcieranie pupki mi chodzi, tylko przykład własnych postaw, troskę i bezwarunkową miłość, dojrzałość i doświadczenie w relacji z dzieckiem. Maciek dostał wszystko co się dało. Nadal dostaje a oni dają z radością. Dużo im zawdzięczamy. Mogą być z siebie dumni.
"Dziadkowie przydatni!" Dobrzy nauczyciele. A dziś "Dzień Nauczyciela" przecież. Nie tylko w szkole należy ich szukać.
Czy ja kiedyś dorosnę do takiej roli?

poniedziałek, 13 października 2008

Tato



Wczoraj mieliśmy dobry dzień. Próba silnika w jachcie. Bo mój tato od początku lat 70-tych buduje kolejne jachty, na których spędzaliśmy wakacje i wolne dni. Dzięki niemu zaczęła się nasza przygoda z żeglowaniem. Tacy szuwarowo-błotni żeglarze ale co tam. Frajda i tak wielka.
Ostatni jacht taty jest na ukończeniu. Mordował się cały sezon ze szczelnością kadłuba, ze wstawieniem i uruchomieniem silnika.
Po raz pierwszy będzie silnik na stałe w kadłubie. Do tej pory mieliśmy przyczepne. Ten silnik pamięta jeszcze rejsy kpt. Krystyny Listkiewicz (nie ten wokoło świata), bo był na wyposażeniu, któregoś z jej jachtów. Tato go kupił w stanie złomowym, wyremontował i teraz czas na jego drugą młodość.
Poszło nieźle, choć mieliśmy trochę problemów. Ale będzie hulał. Łódka idzie na nim bardzo neutralnie, można ster puścić i trzyma kurs. Mocne drgania i głośno. Coś na to da się poradzić.
W kabinie wędzarnia bo coś kapało na rurę wydechową. Ale pierwsze koty za płoty.
Po raz pierwszy na jachcie pachnie jak w prawdziwym statku. Taki trochę zapach siłowni z lekkim odcieniem oleju. Kto był na statkach, schodził do ich wnętrza, na zawsze ten zapach zapamięta.
Tato był zadowolony z wczorajszego dnia.
Nie miał łatwo w życiu. Jako dziecko przyjżał się Syberii. Z bardzo bliska się przyjżał. Ledwo wrócił żywy. Z bratem Leszkiem. Ich mama Ewelina tam umarła z wycieńczenia i głodu. Ojca Kazika ruscy ubili, lista Katyńska - pisałem o tym wcześniej w poście z 17. września.
Nie miał nic. Ani rodziny, ani korzeni. Tylko brata 2 lata starszego. Sam wszystko osiągnął.
Do Gdańska przyjechał na studia i został. Dobrze dla mnie bo bardzo lubię tu mieszkać. To moje miejsce. Mieszkałem w różnych miejscach i wtedy czułem, że tylko w Gdańsku naprawdę byłem u siebie.
Mój Maciek ma w nim dobry przykład. Mawia sobie jak ma problem - "jeśli dziadek, za komuny, własnymi rękami 5 jachtów zbudował, to ja mam sobie z taką pierdołą nie poradzić?!".
Ma rację chłopak.
Dziadek jest wymiatacz! Ma ponad 70-tkę i dalej wymiata.
Ma na imię Jan - po swoim dziadku.
Jeszcze lepszy przykład do naśladowania.

niedziela, 12 października 2008

Nurkowanie głębinowe

Freediving - to nurkowanie na wstrzymanym oddechu.
Kategoria - nurkowanie głębokościowe - celem jest osiągnięcie jak największej głębokości.
_
Wydaje nam się, że Polska to centrum sportów wodnych a nurkowanie głębinowe to ulubiony, narodowy sport ekstremalny. Tak wielu widzimy nurków głębinowych, których omamił zew wielkiego błękitu.
Też tak kiedyś myślałem zanim miałem możliwość porównania.
_
Pierwszy raz na zachód pojechałem za czasów studenckich. Autostopem. Do Holandii na saksy.
Dawno, jeszcze wizy były i smutni panowie od wydawania paszportów. Kurtyna.
Głowę miałem pełną bzdetnych wyobrażeń. Załapałem się na podwózkę bezpośrednio z Polski, aż do Hanoweru. Nocą z soboty na niedzielę. 100 baksów w kieszeni i jazda.
Wysiadłem o 7 rano w niedzielę przy podjeździe na autostradę w Hanowerze. Pusto, nikogo, martwo. I cóż ja widzę. Tambylczego nurka głębinowego lekko dryfującego na skos przez puste skrzyżowanie w rytm ichniej wersji "góralu czy ci nie żal".
Poczułem się jak w domu. Pomyślałem - nie ma się co bać, dam radę.
Rozpoczął się okres tracenia złudzeń.
_
W Szwecji jest dziwny obyczaj, który miałem możliwość obserwować. Szwedzi najbardziej zamuleni są na początku imprezy. Każdy robi "biforki" w domu przed wyjściem do knajpy, bo ceny są straszne w imrezowniach (i nie tylko). Biforek trwa w najlepsze przed drzwiami imprezowni w kolejce. Im bliżej drzwi tym większe tempo biforkowania. Wszyscy potykają się o puste naczynia, które zostały po tych co już zanurkowali do środka. Najgorętsza impreza jest na samym początku. Im później tym smętniej w dyskotece. Wszyscy powoli się wynurzają.
_
W zaprzyjaźnionej włoskiej firmie koło Mediolanu pracowało kilku Finów. Byli OK. Na codzień. Mieli puszkę, do której solidarnie wrzucali drobniaki aż się wypełniła. Wtedy łapali przerwę i ostro nurkowali przez kilka dni. Tak dla sportu.
_
Pewna austriacka firma z Klagenfurtu (Styria) przeniosła produkcję do wiejskiej gminy raptem 20 km od miasta. Przez lata mieli problem z tzw. blue Mondays. Połowy załogi nie było po weekendowym ostrym nurkowaniu.
_
To wszystko opisuję z własnych obserwacji i doświadczeń. Mogą więcej tylko po co to ciągnąć.
Jak mawiał zaprzyjaźniony Niemiec "no alkohol, no solution".
Mój wniosek jest taki, że niczym nie różnimy się od innych nacji. I u nas i u nich nie brakuje chętnych na sporty wodne nawet w formie ekstremalnej.
Po co nam polski kompleks nurka. Niczym szczególnym się nie wyróżniamy. Może tylko własnym stylem pływania
_
Nie każdy musi zaraz nurkować. Wystarczy trochę pochlapać się przy brzegu i bezpiecznie wracać na ręcznik. Kąpielisko strzeżone z ratownikiem. Płytkie akweny. I zabawa jest i frajda i dzieciaków nie przestraszymy.
A jak się trafi jakuzzi to jaki relaks! ;))

sobota, 11 października 2008

Migren-o-patia



Zespół Zaburzeń Dekompresyjnych - zespół objawów dotykających osobę wystawioną na zbyt szybko zmniejszające się ciśnienie otoczenia. Może doprowadzić do śmierci. Zapobieganie jej polega na powolnym przechodzeniu do normalnego ciśnienia.
_
Zaczynasz od dawek minimalnych i nie ustajesz w ich ustalaniu metodą prób i błędów. Tolerancja rośnie.
Nurkujesz, wystawiasz się na zmienne ciśnienia. W końcu nieuchronnie popłyniesz.
I egzystencja bez nurkowania zaczyna boleć. .
Kuba, i po co to było .
_
Ostatnich kilka prezentacji zrobiłem z myślą o Kubie.
Nie żyje już 2 lata. Właśnie minęła rocznica.
Znaliśmy się od dziecka. Wspólne podwórko, szkoła, matura, paczka przyjaciół.
Odszedł gwałtownie w wyniku powikłań, zapracował na nie.
Powoli się wynurzał ale za długo i za głęboko nurkował.

piątek, 10 października 2008

Trans-o-patia

Mój przyjaciel ze studiów Leszek miał w sąsiedztwie kolegę.

Kolega nosił wdzięczne pseudo - Nurek. Tak był stale zamulony.

Gdzie jest teraz Nurek? Hmm, popłynął.

czwartek, 9 października 2008

Home-o-patia

Wg. słownika Kopalińskiego: homeopatia - metoda leczenia, polegająca na stosowaniu przeciw chorobie minimalnych dawek tych leków, które w dawkach większych wywołują u zdrowych objawy tej choroby.

A jak ustalić dawkę minimalną? Tylko metodą prób i błędów. Niektórzy nie ustają w badaniach. A jak wynik badań marny to poprawka klinikiem w dawce homeopatycznej?

środa, 8 października 2008

wtorek, 7 października 2008

Sens życia wg. Monty Pythona?

Monty Python wysiada.
Tym razem wg Pawła Kosickiego i Darka Gdańca, naszych fotofachmanów od warsztatów w Lidzbarku Warmińskim.
W audycji radiowej dla Radia Gdańsk z 09.09.2008 w rozmowie z Włodkiem Raszkiewiczem.
część I
część II

niedziela, 5 października 2008

Katar

No i mnie też dopadło. Ta najcięższa z męskich chorób, mityczny KATAR!
Staram się jak mogę. Mało jęczę, kicham i smarkam z przerwami, wzdycham prawie bezgłośnie.
Oczy czerwone od choroby i gapienia się w monitor zakraplam.
Chusteczki jak papier ścierny doprowadzają skórę nosa do koloru dupy mandryla.
Umieram, ale staram się przełamać męski stereotyp i nie każę całemu światu umierać ze mną.
Leki sam kupiłem i sam biorę.
Chleb kupiłem, jedzenie sobie robię.
Pójdę jeszcze tylko do sklepu po sok malinowy.
And still AgregATwork.

Przypomniał mi się dziecięcy wierszyk. Zmieniam tylko jedno słowo - Słoń na Greg, a reszta pasuje jak ulał. To chyba jakoś w ten deseń szło:

Greg z kataru aż się mieni,
Schował trąbę do kieszeni,
Lecz to bardzo niewygodnie,
Katar cieknie mu przez spodnie.


Przypomniała mi się też piosenka śpiewanea przez panią Krystynę Sienkiewicz
No bo jak kochać kogoś z katarem płynącym na śliniaczek? :D Nie załamuje mnie to. Znam siebie. U mnie katar zaczyna się jakby ktoś hydrant odkręcił ale za to następnego dnia zródło jest suche.
Nucę ;) :
Nikt mnie nie kocha, Nikt mnie nie lubi. Mama i tata, Chudzi i grubi. Nikt mnie nie kocha, Nikt mnie nie lubi.
Idąc na francuski, Całą drogę szlocham, Bo mnie nikt nie lubi, Bo mnie nikt nie kocha.
Jerzyk to jest urwis, Skarżypytą Zocha. Czemu mnie nie lubisz? Czemu mnie nie kochasz?
Nikt mnie nie kocha, Nikt mnie nie lubi. Mama i tata, Chudzi i grubi. Nikt mnie nie kocha, Nikt mnie nie lubi.
Eee coś ten wierszyk taki Jakiś bardzo długi. Pójdę jeść robaki! Czemu mnie nie lubisz?

Spread the story. Stop the Disease.

James Natchway, fotoreporter, jeden z największych i jego przejmujący reportaż.

Ten slideshow koniecznie trzeba zobaczyć. Kliknij obrazek powyżej.
Przeżyć.

Przekazać innym.

James Natchway wygrał TEDPrize.

piątek, 3 października 2008

Ogrodowo

Było pocztówkowo to niech będzie ogrodowo.
Założenie do zdjęć było bardzo proste a skojarzenie znowu będzie dość odległe, choć dobrze się układa w tematach, które ostatnio krążą mi po głowie.
Wrzosy to jedno z wielu zdjęć zrobionych wczoraj w ogrodzie. Wyszedłem tylko popatrzeć, jakie kolory tam mogą być o tej porze roku. Od niechcenia wziąłem aparat. I od niechcenia natrzaskałem zdjęć, że ho ho, tyle tam było kolorów. Ostatnio miewamy w Gdańsku słonko i kolory były dobrze widoczne a nawet prześwietlone.
Za to dzień wcześniej wrzuciłem sobie film Kurosawy "Rudobrody". Chociaż w tytule mamy bardzo żywy kolor, to film jest czarno-biały. No cóż, to dosyć wczesny film Kurosawy. I może to dobrze, że tylko b&w? Od czego jest wyobraźnia. I ten surowy wyraz filmu bardzo współgra z treścią. Przejmującą zresztą. Kolor mógłby tylko osłabić wymowę tego filmu i rozproszyć naszą uwagę. Jeden z moich ulubionych filmów Kurosawy.
A skojarzenie. W filmie herbarium to miejsce, w którym stoi pawilon z oszalałą kobietą. Modliszka. Jej otoczenie herbarium nie pomaga, to nie był zresztą zamysł, raczej miejsce odległe i odosobnione.
Maleńki ogród, w którym robiłem zdjęcia też jest odległym miejscem z szaleństwem przyrody i barw. W środku miasta a jak odległym od niego. I jak wchodzę do niego, cieszę oko i uspakajam duszę.
Tak mało zwracamy uwagi na przyrodę i jej wszechobecny urok. A taka może być kojąca, na kiepskie dni, złe myśli, obniżenie nastroju. Poważnie chorzy też lepiej czują się wśród kwiatów i zieleni. Mamy darmowy sposób na poprawę jakości naszego życia, a tak go nie zauważamy i niszczymy.

środa, 1 października 2008

Pocztówkowo

Niech dzisiaj na zdjęciu będzie pocztówkowo i jesiennie w kolorach. Przynajmniej wiadomo, że tak też może być. To co prawda fotografia z połowy października 2006 ale może też doczekamy. Oby, bo ludzie w deszczu marudzą i się nudzą (nie tylko dzieci). Gorzej, że o złość łatwo i agresję.
Dzisiaj byłem świadkiem bardzo przykrego wydarzenia. W pędzie przez miasto wpadłem do baru mlecznego na naleśniczka (czasem potrzebne śniadanie w porze obiadu). Do baru wszedł bezdomny, styrany poniewierką i jagodzianką, strasznie śmierdzący. Usiadł na sali i potwornie zepsuł powietrze. Ludzie przy talerzach, każdy je swoje ale czuje co innego. Ja rozumiem, że na dworze deszcz, zimno. W barze ogrzać się można i czasem do jedzenia coś dostać. Wszystko OK, tylko ten smród. Delikatne próby wyproszenia przez personel nic nie dały. I wtedy nastąpił wybuch agresji jednego z mężczyzn z sali. Najpierw sakramencki bluzg przez całą salę, jazda po całości bez przebierania w słowach. Bezdomny zlewał. Faceta poniosło, skoczył, złapał stołek, dopadł do gościa i go tym stołkiem zaczął okładać. Byłem blisko, zdążyłem złapać za stołek po drugim czy trzecim uderzeniu. Zatłukłby go tak go poniosło. Bezdomnego wywiało, ten od stołka trochę jeszcze dawał o "zapachu gówna z talerza" i wyszedł. Pozostał na sali dojmujący smród i smutek. Naleśniczek stracił i zapach i smak.
Trudno orzec jak się zachować. Trudno stwierdzić jednoznacznie kto był agresorem, kto ofiarą. Ludzie wzięli się do komentowania. A ja pomyślałem, że czasem chciałbym przenieść się do Samotni, gdzie góry dzikie, piękne kolory i krystaliczne, rześkie powietrze.
I co najwyżej świstak mi może nagwizdać!
foto- schronisko na Samotni, Karkonosze, 14.10.2006. godz. 15.48
Blog Widget by LinkWithin